Jeszcze raz przy Reymonta

frr

Chleb z masłem, groch z kapustą, gofr z bitą śmietaną, wódka z ogórkiem. Jedno bez drugiego, niby ma tam jakąś rację bytu, ale w parze uzyskują uniwersalne znaczenie i wzajemnie się uzupełniają. Takie, niby, naczynia połączone. Jak Jagiellonia i Tomasz Frankowski. Bo kiedy wyszeptać nazwę białostockiego klubu statystycznemu kibicowi piłkarskiemu w Polsce, momentalnie skojarzy mu się nie z Pałacem Branickich czy Psem Kawelinem, ale z kapitanem żółto-czerwonych. Odważniejszy, patrząc przez pryzmat ostatnich miesięcy, tych wszystkich strzelonych przez niego goli, wspomni też, że póki jest Franek, będzie i Jagiellonia. I może rzeczywiście? Wystarczy wspomnieć z jaką ulgą, piłkarski światek w Białymstoku przyjmował informacje o przedłużeniu kontaktu i jak śledził pamiętne negocjacje z żoną Edytą – swoją drogą, pewnie trudniejsze niż z prezesem Kuleszą. Gdzie byśmy byli i jak wyglądałaby Jagiellonia, gdyby dał już sobie spokój z piłką rok czy dwa lata temu? A jak będzie za kilka miesięcy? Co prawda nie jestem – ostatnimi czasy – na bieżąco, ale gdzieś mignęła mi ciekawa informacja, jaką zawarł w pomeczowej wypowiedzi sam zainteresowany. Podsumowując swój występ przeciwko Wiśle Kraków, stwierdził, że więcej już przy Reymonta nie zagra. A to jasno dowodzi, że definiwnie podjął już decyzję o zawieszeniu butów na kołku i zakończeniu kariery po obecnym sezonie. Dzisiejsze losowanie Pucharu Polski, co prawda nie wpłynie na jej zmianę, ale dało mu jeszcze jedną szansę, by pożnać się z Krakowskim stadionem w lepszym stylu. Z Białostockim nie musi się żegnać bo zawsze będzie gościem honorowym w każdym żółto-czerwonym sercu. A na emeryrurę, kiedyś przejdziemy wszyscy.

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *