Folklor stadionowy po białostocku

Przygotowując notkę o kilku historiach i ciekawostkach związanych ze stadionem przy ul. Jurowieckiej – jaką mam zamiar wreszcie dokończyć i zamieścić za parę dni – przypomniałem sobie o tekście, na który kiedyś natknąłem się w internecie, bodajże na jednym z for  Łódzkiego Ks. Czytając go teraz po raz już enty, uśmiałem się jak za pierwszym razem, więc postanowiłem podzielić się nim także z moimi wiernymi czytelnikami – wszystkimi dwoma. W sam raz na niedzielny wieczór bądź poniedziałkowy poranek.

Okiem kibica: Folklor stadionowy po białostocku

Tak jakoś „przypadkiem” bawiłem (w pełnym tego słowa znaczeniu) w ten weekend z ekipą w Białymstoku i nie mogliśmy odpuścić sobie przyjemności obejrzenia wyczynów naszej ukochanej drużyny w meczu z Jagiellonią. Na mecz wybraliśmy się w towarzystwie przyjaciela naszego serdecznego, niejakiego theriona, mieszkańca dzielnicy Antoniuk i kibica Jagi, choć sam przyznawał, ze ostatnio był na meczu … lat temu kilkanaście.

Do stolicy Podlasia zjechaliśmy dzień wcześniej, albowiem przyjaciel nasz słynie z niezwykłej gościnności i musieliśmy mieć nieco czasu, żeby móc z tej gościnności skorzystać.

Niemniej gdy już następnego dnia otrząsnęliśmy się nieco z tej „gościnności”, pojechaliśmy autobusem ze wspomnianej dzielnicy Antoniuk na ulicę Jurowiecką, gdzie mieści się stadion Jagielloni. Stadion… hmmm, ok., nazywajmy go stadionem, choć nazwa jest sporo na wyrost, ale o tym za chwilę.
Postanowiliśmy zasiąść na sektorze kibiców gospodarzy, co by nikt w mundurach i śmiesznych białych kaskach nie musiał nas nękać. Dlatego też udaliśmy się do wejścia (hmmm… wejścia?) na stadion dla kibiców Jagiellonii. Jeszcze zanim gdziekolwiek doszliśmy, zaczepił mnie uprzejmy starszy jegomość, proponując zakup 3 torebek ziaren słonecznika, co ponoć miało gwarantować zwycięstwo Jadze. Nie skorzystałem, bo takowe zwycięstwo nie było mi zupełnie na rękę. Jednak sądząc po wyniku i ilości łusek od słonecznika na stadionie wielu kibiców skorzystało z propozycji uprzejmego pana – ot taki zwyczaj tu mają i lokalnego wróżbitę – pomyślałem sobie. W końcu udało nam się dotrzeć do kasy (hmmmm… kasy?). Kasa umieszczona była w samochodzie, w którym siedziała bardzo uprzejma Pani sprzedająca bilety. Przez moment się zastanowiłem, czemu nie mają normalnej kasy, ale szybko przypomniałem sobie, że prasa donosiła o tym, iż jedną pancerną im wynieśli wraz z zawartością, więc może inne też pochowali, ot tak na wszelki wypadek.

Po zakupieniu biletów udaliśmy się do wejścia (hmmm… wejścia?) na stadion. Wejście to po prostu przerwa pomiędzy dwoma straganami otaczającego stadion bazaru. Tamtędy, wpierw niezwykle sumiennie skontrolowani przez ochroniarzy, dostaliśmy się na trybuny (hmmm… trybuny?). Przez moment zastanawialiśmy się, gdzie by tu usiąść, żeby było w miarę bezpiecznie. I nie chodziło nam tu bynajmniej o zagrożenie ze strony miejscowych, ale o fakt, że drewniane trybuny tak „na oko” groziły zawaleniem od jednego mocniejszego kopnięcia. W końcu udało nam się znaleźć trybunkę betonową, ale fatum sprawiło, że zasiedliśmy w dość bliskiej odległości od tzw. „młyna” zółto-czerwonych. Spowodowało to, że mieliśmy możliwość zaobserwowania całego spektrum zachowań jakże zabawnych fanów miejscowej drużyny. Nie będę skupiał się tu na tym, co działo się na boisku, bo to można wyczytać sobie w prasie, ale z przyjemnością napiszę, jak bawią się kibice Jagielloni.

Moje obserwacje zacząłem od tego, ze poszedłem z therionem nabyć coś do jedzenia, bowiem na śniadanie jakoś nie mieliśmy do tej pory czasu. Nieco dłużyło mi się czekanie w kolejce na moją zapiekankę, zacząłem się więc rozglądać. Wzrok mój przykuła od razu grupa młodzieńców w wieku ok. 17-25 lat, wszystkich regularnie wygolonych w podobnych kurteczkach. Właśnie żywo dyskutowali o wszelkiego rodzaju narzędziach, poczynając od siekier a kończąc chyba na brzeszczotach od pił – ot, taki miejscowy folklor i zainteresowania – pomyślałem sobie. Musi chłopaki rozprawiają o swoich zainteresowaniach również na stadionie. Gdy wracaliśmy już na swoje miejsca z naszym śniadaniem, na murawie pojawili się piłkarze ŁKS-u. Jeden starszy jegomość na ten widok momentalnie wstał i wymachując parasolem zakrzyknął „Jude, Jude” , czym rozbawił siedzących dookoła niego rówieśników, którzy widocznie przyzwyczajeni już byli, że gość na stadionie w Białymstoku krzyknie sobie od czasu do czasu coś po niemiecku. Generalnie rzecz biorąc kibice gospodarzy nawet nie obrażali łodzian. Poza starszym, niemieckojęzycznym jegomościem i dwoma wyrostkami, na trybunie za bramką znalazł się jeden ewenement, który co jakiś czas krzyczał „Tylak, ty geju!”. Pomyślałem sobie, że pewnie w ten sposób musi wyrażać jakieś swoje niespełnione pragnienia, ale powstrzymałem się od głośnych komentarzy. Jeśli chodzi o doping, to na tym meczu zdecydowanie najlepszy miała Wisła Kraków. Zanim jeszcze ktoś zdołał krzyknąć „Jaga”, to z kilkanaście razy usłyszałem peany na cześć „Wisełki”. Lubić się więc muszą bardzo, choć przyznam, że na meczach Wisły nie słychać aż tak często skandowania nazwy białostockiego klubu… Bardzo byłem ciekaw, jaką oprawę spotkania przygotowali najzagorzalsi fani Jagielloni. I z całym obiektywizmem muszę przyznać, że najlepiej udała im się oryginalna tęcza, która się pojawiła nad stadionem w pierwszej połowie meczu. Do dziś zachodzę w głowę, jak im się to udało. Oprócz tego z lubością smrodzili różnymi pseudoracami, które gasły równie szybko jak i śpiew kibiców. Jedną z rac trzymała średniej urody dziewoja, która bardzo zaskoczyła mnie, doświadczonego już przecież człowieka, repertuarem różnego rodzaju przekleństw. Doprawdy, miało dziewczę talent…

Przed rozpoczęciem spotkania rozłożono na dole paski materiału – żółte i czerwone. Obecna z nami na meczu małżonka moja spytała, do czego mają służyć. Odpowiedź przyszła wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Wyznaczeni do tego kibice młodszego pokolenia chwycili owe szarfy i rozpostarli je od płotu do wysokości ostatniego, 10-tego chyba, rzędu naszej trybuny. Jeden groźnie wyglądający gość stojąc na dole wciąż pokrzykiwał „trzymać, k…a!”. Po 3 minutach małżonka moja sama się domyśliła, że owe szarfy służą do tego, żeby je „trzymać k…a!” – ot, taki miejscowy folklor.

Ktoś, kto nie byłby zbytnio zorientowany, na jakim meczu się znajduje, mógłby wywnioskować, że gra właśnie jakaś pani o imieniu Jaga. Kibice gospodarzy słusznie chyba zauważyli, że nazwa ich klubu jest dość długa i do tego dla niektórych dość trudna, więc sprytnie ją sobie skrócili. Ale do łez doprowadziła nas piosenka „Oleeee, kocham Jagusie…”.

Dla nas był to hit meczu i musieliśmy bardzo uważać, żeby nie zwracać na siebie uwagi dziwnym zachowaniem po każdym zaintonowaniu tejże piosenki J. Około 10 minut przed zakończeniem spotkania spiker zapowiedział, że będą otwarte bramy tylko od ulicy … nie pamiętam jak się ona nazywała, lecz to nie istotne. Z początku nie rozumiałem, czemu wszyscy mają wychodzić tylko na jedną stronę, ale już niedługo moja ciekawość została zaspokojona. Po końcowym gwizdku udaliśmy się, podobnie jak wszyscy, w kierunku jednego z dwóch wyjść – celowo nie piszę bramy, bo jak i przy wejściu była to ścieżka pomiędzy straganami bazarowymi. Ku mojemu rozbawieniu zorientowałem się, że wyjście prowadzi przez bazar… w całej jego okazałości. Dobre 10 minut kluczyliśmy w tłumie kibiców Jagielloni pomiędzy pustymi straganami, kioskami, przeciskając się przez lady, stołki i różnego rodzaju skrzynki. Aż ciarki mnie przeszły na myśl, co by było, gdyby kiedyś jakimś bandytom przyjezdnym wpadło do głowy wpaść tutaj nastraszyć gospodarzy… Rzucać na pewno mieliby czym. Dzięki orientacji przestrzennej naszego przyjaciela theriona udało się nam w końcu opuścić teren bazaru i bezpiecznie autobusem dojechać do miejsca zakwaterowania….

Teraz siedzę sobie w domu i się zastanawiam, czy gdybym mieszkał w Białymstoku, miałbym chęć chodzić na mecze Jagielloni? I od razu moje zwątpienia rozwiewa wspomnienie kasy w samochodzie, wejścia między straganami, rozsypujących się trybun zawalonych łuskami od ziaren słonecznika, piosenek o ukochanej Jagusi oraz zagadki logiczno-labiryntowej przy wyjściu. Odpowiedź nasuwa mi się sama: Oczywiście że tak! Tego nie da się chyba przeżyć gdzie indziej w Europie!

autorem tekstu jest Biała Mewa, fotki pochodzą od Rapnika, którego pozdrawiam i zapraszam na jego bialostocki.blox.pl. Ciężko byłoby wyprzec się czegokolwiek, co zostało opisane w tej zabawnej relacji i jedyne co pozostaje, to przyznać rację autorowi. W tamtych latach, chodzenie na Jagę to była i być może wciąż jest forma folkloru białostockiego. Ale folkloru, którego ja nigdy się nie wstydziłem.

Zobacz także...

2 Comments Join the Conversation →


  1. bzika

    Najlepsza to była babcia sprzedająca pestki mhyy pycha były

  2. Kamil

    Tysiąc razy to czytałem i śmieszny za każdym razem, nadawaloby się na standup

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *