Wszystkich Świętych

Dziś Wszystkich Świętych. Wypadałoby wspomnieć dobrym słowem kogoś związanego lub zasłużonego dla klubu, ale istniejącego już tylko w naszej pamięci. Jestem pewien, że niejedno piękne epitafium znajdzie się dziś na łamach lokalnej prasy, serwisów sportowych, oficjalnych i nieoficjalnych stron klubu. Ja chciałbym jednak poświęcić tych kilka słów (obiecuję, że nie będę przedłużał) osobom, które naszej pamięci i wsparcia potrzebują bardziej niż zmarli. Ludziom, wśród których żyjemy i którymi się otaczamy.

Przyjaciele zawsze słuchali z politowaniem, gdy opowiadałem jak rodzinny charakter mają dla mnie „święto zmarłych” (jak swojsko określa się w naszych rejonach dzień 1. listopada) i zaduszki. Niejeden pukając się w czoło i pobłażliwie patrząc próbował tłumaczyć, że to przecież smutny czas rozpamiętywania o tych wszystkich, z kim dziś już nie pójdzie się na spacer, nie wypije urodzinowego kielicha, nie wybierze na mecz ukochanej drużyny – trzeba tylko wedle tradycji iść na cmentarz ze szczotką i wiaderkiem, wyszorować pomnik, kupić badyla i zapalić świeczkę… A ja odkąd sięgam pamięcią, pierwsze dni listopada upływały pod znakiem rodzinnej wycieczki do malowniczego miasteczka na skraju puszczy białowieskiej – skąd nie pochodzi moja rodzina, ale gdzie przywiała ją historyczna zawierucha schyłku II Rzeczypospolitej, i gdzie nieudolnie próbowała zapuścić korzenie. Szło się na cmentarze i kupowało znicze – to oczywiste, ale najważniejsze było to, że robiło się to wszystko razem. Nawet przy okazji Bożego Narodzenia nie miałem okazji widzieć w jednym miejscu tylu wujków Januszy, cioć Grażyn, szwagrów Waldków, stryjków Cześków i kuzynów Eugeniuszy. Nie pamiętam aby ktoś z najbliższych był tego dnia smutny i rozpaczał stratę, odejście bliskiego członka rodziny, przyjaciela. Cieszyliśmy się, że wciąż jest nas kupa i w przekonaniu, że choćby nie wiadomo co – za rok też będzie. Gdy listopad witał mrozem i deszczem – po wizycie na grobach siedziało się przy stole, gdzie dorośli rozgrzewali się wódką z miodem i masłem a dzieciaki gorącymi malinami. Gdy okazywał się łaskawszy i obdarował jeszcze kilkoma, ostatnimi promieniami słońca – szło się na spacer do żółto-złoto-czerwonego od jesiennych barw lasu i pałaszowało tam kupione na przycmentarnych straganach odpustowe lizaki, strzelało z kapiszonów i słuchało brata ojca, opowiadającego o Wielkiej Jadze lat osiemdziesiątych.

Chciałoby się móc spotykać w takim gronie częściej, ale każdy kto założy już rodzinę wie, jak cholernie ciężko jest wygospodarować na to choć odrobinę czasu. Nawet okrzyknięte najbardziej rodzinnym czasem w roku Boże Narodzenie nie jest w stanie zapewnić pełnego familijnego spędu rodem z filmu o rodzince Griswaldów – każdy raczej spędza je wśród najbliższych, z dala od kuzynostwa. A tu, choćby nie wiem jak bardzo makabrycznie miałoby to zabrzmieć – groby i cmentarze zawsze potrafiły nas zjednoczyć i zebrać do kupy. Po latach zauważyłem jaki to miało wpływ na dalsze rodzinne losy i to, w jaki sposób cementowało więzy krwi.

Pamiętając o zmarłych, nie zapominajmy o żywych. O chorych i samotnych, którzy bardziej niż świeczki na grobie po śmierci, potrzebują dziś naszej pomocy, wsparcia, dobrego słowa. Telefonu z pytaniem co słychać, czy w czymś nie pomóc. Naszą narodową paranoją jest chorobliwa pamięć o bohaterach dawnych lat. Zgadza się, nie wolno nam o nich zapomnieć, ale wciąż gloryfikując nieboszczyków, nigdy nie zauważymy herosów naszych czasów – wciąż żywych i obecnych, godnych naszej uwagi i poświęcenia. Żyjących w ubóstwie, biedzie, chorobie. Są starzy, wyczerpani, samotni. Przypomnimy sobie o nich dopiero pewnego listopadowego poranka, zapalając świeczkę na kolejnym grobie.

foto: Radio Białystok

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *