Ta ostatnia niedziela

Wynik jakim zakończyło się spotkanie Jagiellonii z Lechią, czy wcześniejszy podział punktów w Kielcach, na przekór największym malkontentom, wcale nie przekreśla szans na zdobycie tytułu mistrza Polski przez Jagiellonię. Wstrzymałbym się ze skreślaniem drużyny Michała Probierza, wszystko bowiem wskazuje na to, że ostateczne rozstrzygnięcia zapadną na samym finiszu rozgrywek. Formule ESA37 można zarzucić wiele, ale nigdy brak emocji towarzyszących rozgrywkom. Zwłaszcza tym, niczym najlepszy deser – pozostawionym na sam koniec. W bardziej tradycyjnym wydaniu ligi, wszystkie karty byłyby już dawno rozdane – o tytuł biłyby się może dwie ekipy, rozgrywające dodatkowo mecze z zespołami z przeciwległego bieguna tabeli. A tak jesteśmy świadkami „ostatniej prostej” godnej prawdziwych finałów i jestem pewien, że będziemy ją wspominać równie żywo, co kibice Widzewa pamiętny mecz z Legią w 1997 roku. Doszukując się analogii, być może też przegrywamy jeszcze 0:2, ale dopóki piłka w grze…

Może odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę weszło już żółto-czerwonym w krew? Nie licząc pojedynczych przypadków, jak choćby premierowy awans do ekstraklasy w 1987 roku, o losie przesądzały zazwyczaj mecze ostatniej szansy – czasem bardziej a czasem mniej szczęśliwe. Wszak ligowa hegemonia i zapewnienie mistrzostwa na sześć kolejek przed urlopem może i byłoby efektowne – ale cholernie nudne.

Gdyby porównać rozgrywki piłkarskie do doby, piłkarze Jagiellonii wywalczyliby awans do ekstraklasy w sezonie 1991/1992 na kilka sekund przed północą, na dodatek w nie do końca przejrzystych okolicznościach (choćby przez wzgląd na punkty zabrane Borucie Zgierz, mającemu równe co Jagiellonia szansę na awans). Promocja do najwyższej klasy rozgrywkowej została przypieczętowana przez Janusza Szugzdę dopiero w drugiej połowie meczu wieńczącego zmagania w II lidze, wygranego przez Jagiellonię z Resovią Rzeszów 1:0. Na domiar złego, ostatni mecz rozgrywany był na wyjeździe, przez co nie było okazji aby cieszyć się z awansu razem z kibicami. Zamiast fety było ognisko rozpalone przez piłkarzy w lesie, gdzieś na trasie do Białegostoku i pieczone nań kiełbaski. Szampana na mecz nie zabrano – ktoś przesądny postanowił nie kusić pecha, ale gdy awans stał się już  faktem, o bąbelki zadbała świętująca wraz z piłkarzami grupka białostockich szalikowców.

Okazją do świętowania powrotu do ekstraklasy w większym gronie, był dopiero piknik zorganizowany w letniej przerwie z inicjatywy Lucjana Maliszewskiego, byłego działacza Jagiellonii. Na boisku przy ulicy Jurowieckiej doszło do konfrontacji pokoleń – formę świeżo upieczonych pierwszoligowców sprawdził zespół Wielkiej Jagi z roku 1987. Mecz zakończył się zwycięstwem tych pierwszych 6:5, ale nie rozstrzygnięcie było tego dnia najważniejsze – liczyła się bowiem zabawa i radość z wywalczonego awansu. Przy okazji udało się zebrać około 40 milionów ówczesnych złotych na rzecz białostockiego Domu Dziecka.

1992jaga92jaga87_01Jagiellonia 1992: trener Szerszenowicz, Chańko, Dymek, Ambrożej, Manelski, Giedrojć, Zajączkowski, Romaniuk, Sołodownikow, Sawicki, Bogusz. Poniżej – Sokoł, Grzanka, Jurkowski, Ostrowski, Witkowski, Drągowski, Głębocki

1992jaga92jaga87_02Jagiellonia 1987: Trudnos, J.Bayer, Czykier, C.Kulesza, Ostaszewski, D.Bayer, Sowiński, Listowski, poniżej – Jakiel, Szulżycki, Bartnowski, J.Szugzda

Melancholijny utwór Mieczysława Fogga pt. „Ostatnia niedziela” pasował bardziej do wydarzeń w późniejszych latach. Ostatnie mecze poszczególnych sezonów nie decydowały bowiem o laurach czy awansach do wyższych klas, ale coraz częściej o zachowaniu ligowego bytu i uniknięciu degradacji.

Walka o utrzymanie II ligi w sezonie 1995/1996  trwała do ostatniej kolejki i wyjazdowego meczu z Unią Tarnów. Teoretycznie nawet remis pozwalał na kontynuowanie gry na zapleczu ekstraklasy, niestety wyjazdowa porażka 0:2 zepchnęła żółto-czerwonych na piętnaste miejsce – tuż pod kreskę oddzielającą ligowych szczęśliwców od frajerów. Nadzieja w utrzymanie nie ucichła wraz z ostatnim gwizdkiem w meczu z Unią, Jagiellonia poddała bowiem weryfikacji wynik zremisowanego meczu z Motorem, w którym barw lubelskiego zespołu bronił zawieszony za nadmiar żółtych kartek zawodnik. W każdym normalnym kraju i związku, tego typu przypadki kończą się walkowerem (patrz Legia – Celtic). PZPN połowy lat dziewięćdziesiątych do normalnych jednak nie należał. Decyzją betonowych twardogłowych, wynik 0:0 uprawomocnił się wbrew regulaminowi i pomimo burzy rozpętanej przez ogólnopolskie media, stojące w obronie Jagiellonii. Odebrane niesłusznie dwa punkty przesądziły o degradacji, ale ile wcześniejszych okazji zmarnowano aby zamiast spod zielonego stolika, móc podnieść je z zielonej murawy?

Dwa lata później Jagiellończycy, licząc zapewne na ofertę last-minute, znów zwlekali ze złapaniem pociągu jadącego do stacji „Spokojne Utrzymanie” na tyle długo, że pozostała im tylko ostatnia ciuchcia z rozkładu, opuszczająca peron tuż przed dwunastą w nocy, jadąca do tego okrężną drogą – przez Nerwówkę i Stresy Wielkie. O bilet też było dużo trudniej, bo zamiast ośmiu, podstawiono tylko cztery  wagony, w tym jeden prawie pełny.

Paweł Surynowicz, Jagiellonia - Olimpia Zambrów 1996/97

Reorganizacja ligi miała wykosić ponad połowę dotychczasowych trzecioligowców. W grupie warszawskiej (w której oprócz Jagiellonii, z naszego regionu występowały jeszcze suwalskie Wigry, białostocki Hetman, Olimpia Zambrów i Łks Łomża) zajęcie nawet szóstego miejsca nie dawało stuprocentowego utrzymania. Jeszcze jesienią żółto-czerwoni celowali bardziej w awans niż walkę o utrzymanie, ale rozczarowująca kibiców wiosna wpłynęła na weryfikację planów. Lepsze występy przeplatano wpadkami, ostateczne rozstrzygnięcia ważyły się znów do ostatniej chwili.

– „Utrzymają się. Głupi zawsze ma szczęście” – tuż przed pierwszym gwizdkiem ostatniego meczu z Legionovią, optymizmem wiało nawet ze słynnej „loży szyderców” – sektora zajmowanego przez dziadków żywo komentujących boiskowe wydarzenia na swój własny, charakterystyczny sposób. Nie do pomyślenia było, że Jagiellonia go nie wygra – zwłaszcza podbudowana zwycięstwem nad liderującą Gwardią w Warszawie w przedostatniej serii spotkań. Oprócz trzech punktów potrzebne były też korzystne wyniki w innych spotkaniach, ale limit pecha został już dawno wyczerpany, spadek do IV ligi rozpatrywano nie jako czarny scenariusz, ale istne science-fiction.

– „Atmosfera była fatalna” – wspomina mecz widoczny na zdjęciu Paweł Surynowicz – „Kilku kolegów straciło motywację, myślami byli już w innych klubach. Wszyscy chcieliśmy zamknąć ten smutny okres zwycięstwem. Postawić grubą kreskę i zacząć wszystko od nowa. Zacisnęliśmy zęby i nie odpuściliśmy, nie zagraliśmy źle.”

Atmosfera była gorąca na boisku i trybunach. Gra na pograniczu faulu przeradzała się nieraz w nerwową szarpaninę, przez co obie drużyny kończyły spotkanie w dziesiątkę – szeregi żółto-czerwonych opuścić musiał krewki Maciejczuk (więcej o nim w tym artykule). O wyniku zadecydował kontratak gości i gol strzelony w piętnastej minucie. Porażka i degradacja rozwścieczyła garstkę najwierniejszych kibiców, która dając upust  złości starła się z policją demolując własne trybuny.

2

Los Jagiellonii był już zresztą przesądzony. Układ pozostałych wyników, nawet w przypadku zwycięstwa, spychał białostoczan pod kreskę. Sama Legionovia, co prawda zdążyła wyprzedzić Jagiellonię, ale też nie uchroniła się przed spadkiem.

PZPN zabiera, PZPN daje…

O szybki powrót do III ligi nie było łatwo. Okazja nadarzyła się dopiero po dwóch latach kwarantanny, w sezonie 1999/2000. Pod względem sportowym „nowa” Jagiellonia prezesa Mojsiuszki wyglądała zdecydowanie najlepiej wśród czwartoligowej stawki, ale na tym poziomie rozgrywek o ostatecznym sukcesie decyduje też kondycja „organizacyjna”. Zamiast z poszczególnymi rywalami, żółto-czerwonym przyszło mierzyć się z całą spółdzielnią mazowieckich ekip robiącą wszystko, aby do III ligi awansował Znicz. Jagiellończycy dzielnie ścigali Pruszkowian, ale gdyby nie decyzja Związku o rozegraniu dodatkowych meczów barażowych pomiędzy wicemistrzami obu grup, IV-ligowa gehenna pewnie trwałaby przez kolejny sezon. Na szczęście przerwano ją po dwóch zwycięstwach nad Spartą (3:1 i 2:0) na zakończenie sezonu. Szkoda, że prezesa Mojsiuszkę podrzucać do góry trzeba było w Szepietowie, tam bowiem rozgrywano mecz rewanżowy.

Kolejny awans, tym razem na zaplecze ekstraklasy, przebiegał dużo spokojniej – Jagiellończycy zapewnili go sobie już na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Jeżeli byli wśród białostoczan kibice narzekający przez to na brak emocji, mogli je z nawiązką odebrać rok później, gdy drużyna Wojciecha Łazarka biła się o utrzymanie w II lidze jeszcze na ostatnich metrach przed metą. Sytuacja w tabeli przed wieńczącą rozgrywki kolejką była jasna – Jagiellonia musiała pokonać Świt, a bezpośredni rywal Białostoczan – Łódzki Klub Sportowy – nie mógł wygrać z Lechem Poznań. Żółto-czerwonym sprzyjał fakt, że zespół z Nowego Dworu Mazowieckiego, mimo solidnej drużyny, nie należał do ligowych potentatów i zadomawiając się w środku stawki, dawno zapewnił sobie utrzymanie. Rywal Łks-u, poznański Lech, wyraźnie odstając wówczas reszcie drugoligowców, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa, był już za to pewien awansu do ekstraklasy.

Co było do przewidzenia – Świt został przy Jurowieckiej odprawiony 4:2. Zgromadzona w komplecie pięciu tysięcy widownia była świadkiem piłkarskiego spektaklu – dosłownie i w przenośni, bo ustalony wcześniej scenariusz udało się odegrać bez dubla. Lepszymi aktorami okazali się jednak tego dnia piłkarze poznańskiej Lokomotywy. Wykreowana przez nich po mistrzowsku rola chłopców do bicia zasługiwała na najwyższe laury z amerykańskimi Oskarami na czele. Łks wygrał 2:1 i w przeciwieństwie do Jagiellonii, zapewnił sobie drugoligowy byt na kolejnych dwanaście miesięcy. Gdyby w Sevres pod Paryżem potrzebny był kiedyś wzorzec „kolejki cudów” – spokojnie można by tam było wysłać zapis video z meczów ostatniej kolejki II ligi sezonu 2001/2002. Co ciekawe, w barwach Świtu wystąpił wówczas dzisiejszy bramkarz Legii – Arkadiusz Malarz.

swit

Zgoła odmienne emocje wzbudziła nieczysta postawa piłkarzy na finiszu sezonu 2005/2006. „Sąd – sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie” mawiała nestorka rodziny Pawlaków w „Samych swoich” a gdyby była piłkarskim kibicem, zaraz pewnie dodałaby jeszcze, że co innego jest mecz kupić a co innego sprzedać.

Po niezłej rundzie jesiennej apetyty na awans były wśród kibiców na tyle duże, że i piłkarze mogli się przekonać co to znaczy grać pod presją. Jagiellonia, po kilku sezonach „oswajania się” górą była wreszcie gotowa na przeprowadzenie ataku szczytowego. Kilku piłkarzy jednak, zdając sobie sprawę z faktu, że po wywalczonym awansie nie będzie w stanie zagrzać dłużej miejsca w składzie, kalkulowało po swojemu. Postawę ówczesnej drużyny można śmiało porównać do skoczka narciarskiego, który po świetnym pierwszym skoku, na na finałową próbę wsiada na belkę o trzęsących się nogach i boi się lecieć zbyt daleko w obawie przed bolesnym upadkiem. Dopiero w spotkaniu z Zagłębiem Sosnowiec, ostatnim meczu sezonu zasadniczego, gol nikogo innego jak Wojtka Kobeszki – strzelony na trzy minuty przed końcowym gwizdkiem sędziego, pieczętuje zdobycie trzeciego miejsca i rzutem na taśmę gwarantuje udział w dodatkowym dwumeczu z Arką Gdynia. A o nim do dziś krążą w Białymstoku legendy…

Faktem jest, że Jagiellończycy baraże przegrali i nie awansowali do ekstraklasy. Ale ile prawdy jest w stwierdzeniu, że mecze zostały przehandlowane? Że kilku zamieszanych w machlojki piłkarzy reprezentujących Jagiellonię  zainkasowało za to okrągłe 300 tysięcy złotych? Że Robert Kolasa z premedytacją podał piłkę strzelcowi pierwszego gola? Że Maciej Zając, przy ewidentnej pomocy Arkadiusza Kubika sam wepchnął futbolówkę do własnej siatki? Na te i inne pytania próbowała odpowiadać nawet białostocka prokuratura, ale z braku dowodów śledztwo ostatecznie umorzono.

Do ekstraklasy Jagiellonia wróciła w sezonie 2007/2008, w dwudziestą rocznicę debiutu w tej klasie rozgrywkowej. Jak to w przypadku beniaminka, nikt nie spodziewał się po drużynie cudów. Planem minimum było zdobycie trzydziestu punktów – tyle bowiem, wedle zawiłych rachunków Artura Płatka, miało wystarczyć do spokojnego utrzymania się w lidze. Aż dwadzieścia uzyskano jeszcze jesienią, w rundzie rewanżowej miało więc już pójść jak z płatka z górki. Plan zakładał jak najszybszą ucieczkę przed degradacją i powolne budowanie drużyny na następny sezon. Szkoleniowiec Jagiellonii okazał się jednak lepszym matematykiem aniżeli trenerem, bo piłkarze szybko zapomnieli po co wychodzi się na boisko. Rozgrywki zmierzały ku końcowi w zatrważającym tempie, meczów do rozegrania pozostawało coraz mniej a Jagiellonia wciąż odgrywała w lidze rolę filantropa rozdającego punty  na lewo i prawo. Nie pomagały „kopy w dupę albo w ryja” wymierzane przez Radosława Kałużnego, nie pomogła zmiana Artura Płatka na Dariusza Czykiera. Jagiellończycy przegrali jedenaście z trzynastu wiosennych spotkań, z czego ostatnich dziewięć pod rząd. Przystankiem w drodze do piekła miały być baraże, do których przygotowaniom nie pomagały zawirowania w PZPN, Komisji licencyjnej i Wydziale dyscypliny. Początkowo grać miano z Arką, potem z Piastem. Ostatecznie dzięki wyjątkowemu zbiegowi okoliczności baraże odwołano a Jagiellonia cudem uniknęła degradacji.

kaluzny

Szansę na zdobycie mistrzowskiego tytułu sezonie 2010/2011 Jagiellończycy utrzymywali teoretycznie aż do 27 serii spotkań, gdy matematyka pozwalała jeszcze odrobić dziewięć punktów traconych do drużyny Białej Gwiazdy. Remis Jagiellonii z Legią i wygrana Wiślaków w derbach Krakowa zepchnęło żółto-czerwonych na trzecie miejsce a Wiśle zapewniło kolejny ligowy triumf. Rozluźnieni krakowianie ulegli w następnej kolejce mającej już w kieszeni Puchar Polski Legii, jasnym stało się więc, że przepustkę do europejskich pucharów otrzyma też czwarta drużyna ekstraklasy. Po porażce z ostatnią w tabeli Cracovią, zajmowała je na mecz przed końcem rozgrywek Jagiellonia mająca punkt przewagi nad Lechią Gdańsk. Teoretycznie można więc było nawet przegrać z Ruchem Chorzów licząc na to, że gdańszczanie potkną się w meczu z Zagłębiem Lubin. Kalkulacje okazały się niepotrzebne – żółto-czerwoni odprawili niebieskich 2:1 i rzutem na taśmę wywalczyli trzeci w swej historii start w eliminacjach Ligi Europejskiej.

Dużo bardziej kontrowersyjne okoliczności towarzyszyły finiszowi ligi w nowej formule ESA37 w sezonie 2014/2015. W 33 serii, trzecia w tabeli Jagiellonia udała się do Warszawy na mecz z drugą Legią, mającą cztery punkty przewagi nad żółto-czerwonymi. Starania całego sezonu, miesiące wyrzeczeń i walki zostają w jednej chwili przekreślone przez nieodpowiedzialne decyzje i stronnicze prowadzenie meczu przez nowego ulubieńca białostockiej publiczności – sędziego Pawła Gila. Jego dzieło wieńczy rzut karny podyktowany przeciw Jagiellonii w dziewięćdziesiątej ósmej minucie gry. Mecz kończy się awanturą między piłkarzami obu zespołów mającą miejsce już pod szatniami a trenerowi Michałowi Probierz wi nie pozostaje nic innego jak pierd… whiskacza po powrocie do domu. Jagiellończycy nie składają broni i walczą dzielnie do ostatniej kolejki odnosząc komplet zwycięstw. Wystarcza to do zdobycia brązowego medalu mistrzostw Polski, w dotychczasowej historii największego osiągnięcia Jagiellonii Białystok.

Kto zostanie bohaterem ostatniej akcji w kończącym się już z wolna sezonie 2016/2017? Do końca trzy mecze, z czego dwa o przysłowiowe sześć punktów, do tego do rozegrania przed własną publicznością.

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *