Żółto-czerwone gole cz.1

Dziewięćdziesiąt lat przyszło czekać jagiellończykom na debiut w europejskich pucharach. Spragnionym międzynarodowej rywalizacji białostockim kibicom, musiały wystarczyć gościnne występy Widzewa w Pucharze UEFA lub zmagania koszykarek Włókniarza w zawodach Ronchetii. Wychowani w Białymstoku piłkarze, do roku 2010, aby w ogóle marzyć o strzelaniu goli w spotkaniach pod egidą europejskiej federacji piłkarskiej, musieli emigrować i reprezentować barwy innych klubów. Niektórym szło na tyle dobrze, że ich trafienia, do dziś wspominają kibice owych drużyn. Czasem nawet ocierając z kącików oczu uronione chyłkiem łezki nostalgii za starymi, lepszymi czasami, ostatnimi wielkimi sukcesami. Kilka z takich goli na stałe trafiło w annały polskiej piłki, parę z nich określano mianem „stadionów świata”. I nie ważne gdzie i komu, zwłaszcza w szarych dla nas piłkarsko latach dziewięćdziesiątych, każda z takich bramek była dla kibiców w Białymstoku promykiem nadziei, szansą, że i u nas kiedyś zaświeci słońce.

Wiosną 1991 roku polski klub ostatni raz w historii dotarł aż do półfinału europejskich rozgrywek – warszawskiej Legii udało się wyeliminować w ćwierćfinale PZP genueńską Sampdorię. Mimo upływu lat, wielu kibiców wciąż pamięta dwa gole strzelone w zremisowanym 2:2 meczu rewanżowym Gianluce Pagliuce przez młodego Wojciecha Kowalczyka. Zwycięską bramką, okazała się być więc ta strzelona w pierwszym, wygranym 1:0 meczu w Warszawie, której zdobywcą był dobrze wszystkim znany w Białymstoku Dariusz Czykier. Gol padł tuż przed końcem pierwszej połowy, po rzucie rożnym i zamieszaniu w polu bramkowym.

Miałem być tylko stróżem Toninho Cerezo – mówił po latach Czykier – Brazylijczyk nie grał fair. Raz mnie nawet opluł. Wyczekałem na odpowiedni moment, po czym walcząc z nim o piłkę, tak dałem mu w twarz, że aż zgiął się w chińskie s. Od razu nabrał szacunku, a po meczu rewanżowym nieproszony sam przyniósł mi koszulkę.

Dziś sama rywalizacja polskiego zespołu na tak dalekim etapie zawodów wydaje się piłkarskim science-fiction.

 

Na kolejne trafienia białostoczan trzeba było czekać do roku 1996. Parafrazując radiowego geniusza Tomasza Zimocha (któż z nas nie pamięta tego komentarza), tego pamiętnego wieczoru pewien „Turek nie chciał skończyć meczu” a „widzewiacy przygrywali – ale wygrywali” – . Widzew awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów a ogromny wkład w sukces drużyny miał Marek Citko, strzelec pierwszego gola.

 

O golach Pana Marka w fazie grupowej Champions League 1996/97 napisano już wystarczająco dużo. Zwłaszcza ten strzelony Atletico Madryt był pokazywany przez telewizje na całym świecie. Te w Polsce przez dwadzieścia bitych lat używały go by katować kibiców – co rok puszczały w tle wiadomości o tym, że kolejny klub, kolejny raz nie zakwalifikował się do fazy grupowej Pucharu Mistrzów.

Mało kto pamięta jednak, że Citko nie był jedynym wychowankiem Jagiellonii w pierwszym składzie Widzewa. Bardzo dzielnie towarzyszył mu Daniel Bogusz i jego nazwisko także znalazło się raz w meczowym protokole w rubryce „strzelcy bramek”. Pod koniec meczu w Bukareszcie interweniował we własnym polu karnym na tyle niefortunnie, że odbita przez niego piłka znalazła drogę do bramki Macieja Szczęsnego. Steaua wygrała wtedy 1:0.

Równolegle do Widzewa, o podboju europy marzyła, jak co roku, Legia. Sierotka losująca pary w Pucharze UEFA skojarzyła wojskowych z Panathinakosem Ateny. Powracający do warszawkiej drużyny po „wygnaniu” Czykier, otworzył wynik pierwszego meczu strzelając gola już w trzeciej minucie. Legioniści co prawda ulegli w Atenach 2:4, ale w Warszawie odprawiono posłów greckich z kwitkiem. Legia wygrała rewanż 2:0 i awansowała do II rundy.

Rok później Widzew z Boguszem w składzie znów stanął do walki o Ligę Mistrzów, niestety nie sprostał włoskiej Parmie. Na pocieszenie pozostał Puchar UEFA, ale tam znów na przeszkodzie stanęli Włosi, tym razem z Udinese. Blond włosy wychowanek trenera Karalusa, strzelając z woleja, zapewnił widzewiakom zwycięstwo w pierwszym meczu i rozbudził nadzieje kibiców na awans. Niestety w rewanżu było już 0:3.

W kolejnym sezonie, 1998/99, do walki o europejskie trofea stanęła m.in. Wisła Kraków. Nowa Wisła, budowana za pieniądze Bogusława Cupiała, który postawił za cel awans do Ligi Mistrzów w przeciągu nie więcej niż trzech lat. Start w Pucharze UEFA miał być pierwszym przetarciem zbudowanej niemal od podstaw drużyny, pełnej rodzimych gwiazdeczek. Wśród nich, jeszcze tak naprawdę nikomu bliżej nieznany, był Tomasz Frankowski – białostoczanin z krwi i kości. Po latach wojaży we Francji i Japonii wrócił do ekstraklasy i z miejsca stał się jej czołowym strzelcem. Swą pierwszą bramkę na międzynarodowej arenie strzelił 15 września 1998 roku, w pokonanym 2:0 meczu ze słoweńskim Mariborem.

Wydarzenie to przeszło jednak zupełnie bez echa. Swe bramki tego dnia zdobywały gwiazdy wielkiego formatu – H.Larsson, Kovacevic, Ravanelli, Owen, Stoichkov czy Trezeguet. Ale telewizyjne wiadomosci na calym kontynencie pokazywały tylko jedno trafienie – przepiękny gol strzelony piętą Fabienowi Barthezowi, świeżo upieczonemu mistrzowi świata. Gol dający prowadzenie ŁKS-owi w meczu z As Monaco. Gol strzelony przez, a jakże, wychowanka Jagiellonii – Piotra Matysa.

foto: Gazeta Wyborcza

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *