Trener na pięć minut

Wszystko wskazuje na to, że wraz z zakończeniem obecnego sezonu, napisane zostaną ostatnie strony drugiego tomu powieści o trenerze i budowanej przez niego w Białymstoku drużynie. Wieszcz Probierz kończy z wolna swe dzieło a najnowsza saga o żółto-czerwonym klanie trzyma w napięciu do samego końca. Jest pełna niespodziewanych zwrotów akcji i nieźle wykreowanych postaci. Klasyka gatunku, kawał świetnej literatury.

Każdy podąża w życiu wytoczonym przez siebie szlakiem i nie widzę ani jednego powodu do żalu, jaki ktoś mógłby żywić do trenera za podjęcie takiej, a nie innej decyzji. Wypada uścisnąć prawicę, nalać po rozchodniaczku i skończyć wreszcie tę ostatnią butelkę szkockiej. Życząc sukcesów pod innym niebem, podziękować za czas spędzony w Białymstoku. Czas, którego nie zmarnował.

Wywodzący się z Bytomia trener jest rekordzistą pod względem ilości spotkań, jakie pod jego wodzą Jagiellończycy rozegrali w ekstraklasie. Mecz z warszawską Legią był jego 207. meczem na trenerskiej ławce białostockiej drużyny, a gdyby do statystyki wliczyć jeszcze rozgrywki Pucharu Polski, Ligi Europejskiej i Pucharu Ekstraklasy, licznik wskazałby okrągłe 235. meczów. Wątpliwe, aby w najbliższej przyszłości udało się komuś choćby zbliżyć do podobnego wyniku, a już na pewno nie stanie się to szybciej, niż za pięć i pół sezonu – bo mniej więcej tyle czasu zajęłoby pobicie Pana Michała w tej dziecinie. O innej już nawet nie wspominam.

Rekordy mają to do siebie, że nie każdy jest powodem do chwały, czasem wręcz przeciwnie – przynosi przodownikowi więcej wstydu niż splendoru. Jeżeli Michał Probierz znajduje się dziś na szczycie tego zestawienia to kto zajmuje miejsce na jego antypodach? Jak gorący jest trenerski fotel w Polsce wiadomo nie od wczoraj. Nawet najlepszym fachowcom nie udaje się zagrzać w nim miejsca na tyle długo, aby w pełni wprowadzić swój pomysł na grę. Zdarza się, że schedę po zwolnionym menago obejmuje jego dotychczasowy asystent i prowadzi zespół tymczasowo – przez kolejkę czy dwie, zanim uda się zakontraktować nowego fachowca. Jednak rekordzistą pod względem najmniejszej liczby meczów w roli szkoleniowca Jagiellonii nie będzie Dariusz Czykier (3 mecze w sezonie 2007/2008) czy Andrzej Prawda wespół z Mirosławem Sowińskim (po 2 mecze w sezonach 1988/1989 i 1992/1993) ani nawet legitymujący się tylko jednym meczem w ekstraklasie Tadeusz Gaszyński (sezon 1992/1993). Nikt nie jest bowiem w stanie rywalizować o to miano ze Stefanem Białasem, który będąc trenerem Jagiellonii przez ponad miesiąc w sezonie 2007/2008, nie zdążył rozegrać ani jednego oficjalnego meczu.

Wróćmy jednak na chwilę do czasów Wielkiej Jagi końca lat osiemdziesiątych. Po przegranym 0:1 meczu z Widzewem w 20. serii spotkań sezonu 1988/1989, z prowadzenia drużyny, w dość niejasnych okolicznościach, zrezygnował Mirosław Mojsiuszko. Późniejszy prezes Jagi odszedł pomimo niezłych wyników osiąganych przez swych podopiecznych – drużyna awansowała do finału Pucharu Polski i ani przez moment nie była zagrożona spadkiem do II ligi. Pytany czy za jego decyzją kryje się jakieś drugie dno, odpowiadał jeszcze skromniej niż zazwyczaj:

– „Nie chcę tego komentować, motywy mojej decyzji znają działacze i zawodnicy. Wiem, że moja lakoniczność może irytować dziennikarzy, ale umawiałem się z zarządem, że to, co zaszło, zostanie między nami. Mogę tylko powiedzieć, że odszedłem dla dobra pierwszoligowej piłki w Białymstoku, dla dobra Jagiellonii. Nie chciałem i nie chcę konfliktu w naszym klubie.”

Podczas poszukiwań następcy, drużyną zajmował się tymczasowo wspomniany już Andrzej Prawda – dotychczasowy asystent Mojsiuszki. Pod jego okiem Jagiellończycy zdążyli dwa razy zremisować. Najlepszego kandydata do roli nowego trenera żółto-czerwonych, działacze budowlanego klubu upatrzyli w osobie wywodzącego się z regionu, ale odnoszącego sukcesy także „w Polsce” Grzegorza Szerszenowicza, w przeszłości zawodnika białostockiej Jagi. Nie wzbudziło to zbyt wielkiego optymizmu samych piłkarzy i wkrótce postanowili jasno to zamanifestować.

szerszen

Poranny trening pod okiem „Żubra” odbył się zgodnie z planem. Znany z twardej ręki szkoleniowiec  zarządził  sprawdzian wydolnościowy, mający określić ogólną kondycję żółto-czerwonych i pozwalający dozować odpowiednią ilość obciążeń w najbliższym mikrocyklu. Jego wyniki nie były najlepsze, zawodnicy mieli do tego dostać nieźle „w kość”. Trening drugi już się nie odbył. Zespół ogłosił strajk i zamiast na zajęcia z trenerem, postanowił zabrać się za budowanie zaprawy we własnym zakresie. Rada drużyny ze swą największą gwiazdą – Jackiem Bayerem na czele, przekazała zarządowi wiadomość, że jakakolwiek forma współpracy między piłkarzami a trenerem Szerszenowiczem nie może mieć miejsca. Powodem buntu okazał się brak zaufania do trenera. Zawodnicy oczekiwali zatrudnienia kogoś z „zewnątrz”, nie uwikłanego w białostockie piekiełko. Weto piłkarzy próbowali ugasić w zarodku działacze, wytaczając przeciw piłkarzom działa większego kalibru – jak choćby groźbę wycofania „społecznego poręczenia” dla Mariusza Lisowskiego, co najpewniej skończyłoby się to końcem jego futbolowej kariery. Konsensusu nie zawarto, głosu drużyny nie udało się złamać nawet szantażem. Zaledwie dwa dni po zaangażowaniu trenera Szerszenowicza postanowiono już mu podziękować. Klub zamieścił na łamach lokalnej prasy stosowne oświadczenie:

–”MKSB Jagiellonia informuje, że z dniem 27 kwietnia br. przestał pełnić obowiązki trenera I zespołu piłki nożnej Grzegorz Szerszenowicz. Podjął się on prowadzenia drużyny społecznie, bez podpisania umowy o pracę, chcąc w trudnej sytuacji kadrowej przyjść z pomocą klubowi, którego w swoim czasie był zawodnikiem.
Po jego odejściu w ramach porozumienia stron – obowiązki szkoleniowe pełnił będzie dotychczasowy II trener zespołu – Andrzej Prawda.
Jednocześnie wyjaśniamy, że wbrew dotychczasowym informacjom w środkach masowego przekazu, Andrzej Prawda prowadził I zespół jako II trener klubu, podczas gdy Zarząd poszukiwał kandydata na stanowisko I trenera(…)”

Piłkarze dopięli swego, farba nie zdążyła jeszcze dobrze wyschnąć na depeszach o zatrudnieniu „Żubra”, a już trzeba było drukować informacje o zaangażowaniu Krzysztofa Bulińskiego, pod wodzą którego piłkarze zakończyli sezon słynnym meczem z Legią w finale Pucharu Polski. Innego wyjścia z impasu nie było, bo nawet gdyby działacze uparli się na Szerszenowicza, piłkarze prędzej czy później i tak dopięli by swego odpuszczając kolejnych kilka meczów. Jak w przysłowiu wybrano po prostu  mniejsze zło. Był to jednak znak, że z Wielkiej Jagi nie zostało zbyt wiele. Piłkarze zamiast trenować woleli zająć się polityką, kilku myślami było już w innych klubach.

– „Polska piłka nożna nie wyjdzie ze ślepego zaułka, gdy zawodnicy sami sobie będą wybierali trenera” – sprawę komentował Szerszenowicz – „To jest stawianie sprawy na głowie. Tyle mówi się o profesjonalnym futbolu, a przecież w zawodowej piłce zawodnicy muszą podporządkować się decyzjom trenera. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinienem obejmować zespoły, ale jestem zawodowcem i to właśnie mi zarząd powierzył prowadzenie drużyny i tylko zarząd może zmienić tę decyzję.  Zapytałem zawodników, czy negują moją fachowość, odpowiedzieli – nie. Czy podważają mój dorobek, odpowiedź była taka sama. Czy mają zastrzeżenie do mojego morale i sumienności w pracy – nie. Natomiast jak wiem, uważa się mnie w środowisku za osobę kontrowersyjną, gdyż po prostu wiele wymagam od piłkarzy. Myślałem o pracy w Jagiellonii od dawna, ale nie uważam się za męża opatrzności białostockiej piłki nożnej. I jeszcze jedno. Przeczytałem w prasie jakobym od dawna „krążył” koło klubu, „podkopywał” czy „wygryzał” poprzednich szkoleniowców. To są bezpodstawne insynuacje.”

Urodzony w Białowieży trener dołączył więc do ekskluzywnego grona trenerów nie skalanych porażką swej drużyny, ale przyznawać to trzeba było z przymrużeniem oka.

Niespełna trzy lata później postanowił znów wdrapać się na to drzewo i objął posadę trenera Jagiellonii, tym razem już drugoligowej. Dopisany na zimno epilog pokazał, że w pamiętnym konflikcie, odrobina racji była też i po stronie piłkarzy. O ile pod wodzą „Żubra” udało się żółto-czerwonym powrócić do ekstraklasy (ale na ile czysty był to sukces), to na najwyższym szczeblu rozgrywkowym prowadzona przezeń Jagiellonia zawiodła na całej linii, niejako definiując pojęcie bycia outsiderem.

Patrząc na to co pokazały późniejsze kariery poszczególnych zawodników i kwoty odstępnego, jakie za ich transfery inkasowali klubowi „dobrodzieje”, ciężko jest zrozumieć dlaczego Jagiellończycy tak bardzo odstawali od reszty stawki na przełomie 1992 i 1993 roku. Przyczyn, chyba nie bez przesady, doszukiwano w fatalnym przygotowaniu fizycznym. Żółto-czerwoni dotrzymywali przecież kroku rywalom w początkowych fazach meczów a większość bramek tracili w końcowych minutach, jakoby opadając z sił. Czyżby młodym organizmom zaserwowane zostały zbyt duże obciążenia?

– „Trener przykładał wielką rolę do wytrzymałości fizycznej” – wspomina obóz pod Ełkiem Marcin Manelski – „Po zajęciach nie pamiętałem jak się nazywam, później w lidze przeżywaliśmy dramat”.

Osobną kwestią pozostaje stosunek Szerszenowicza do drużyny i dystans jaki budował między sobą a swymi podopiecznymi. Bez zająknięcia wskazywał błędy własnego zespołu na pomeczowych konferencjach, niejako z wyłączeniem własnej odpowiedzialności. Zdarzało mu się po cichu je wyśmiewać. o czym dobitnie przekonał się bramkarz Mirosław Dymek, przez trenera ogłoszony zdobywcą hattricka, tyle, że dla drużyny Ruchu Chorzów. Na odprawach, zamiast motywować, zdarzyło się nie raz deprymować zawodników. Przed Legią wskazał rywali jako przyszłych mistrzów Polski, z góry zakładając wysoką porażkę Jagiellonii. Ostateczne zwycięstwo wziął za czysty zbieg okoliczności. Atmosferze w drużynie nie pomagał też fakt wiecznego podziału piłkarzy na lepszych i gorszych. Raz podpadając, bardzo ciężko było znów wdać się w łaski szkoleniowca – a to wpływało np. na pomeczowe premie ustalane na podstawie not wystawianych piłkarzom przez trenera.”Prywatnie bardzo miły i sympatyczny Pan, ale w pracy ponury fatalista z góry widzący ostateczną porażkę” – kwituje Manelski. Cierpliwości – po obu stronach barykady – starczyło na osiem meczów, po rozegraniu których trener Szerszenowicz pożegnał się na kilka lat z białostocką drużyną.

Kolejnym kandydatem na szkoleniowca Jagiellonii, który jak się później okazało podczas pobytu w Białymstoku nie zdążył nawet rozpakować walizki był Jerzy Masztaler. Co prawda sytuacja nie dotyczyła rozgrywek ekstraklasy, ale warto ją przypomnieć. Rzecz miała miejsce w sezonie 2000/2001. Trzecioligowy beniaminek z Białegostoku, po wiośnie zagranej niczym z nut, z marszu wywalczył awans na zaplecze ekstraklasy na trzy kolejki przed końcem zawodów. Emocje jeszcze nie wystygły, korki od szampana nie zdążyły wystrzelić, a dotychczasowy opiekun Jagiellonii – niezły, aczkolwiek trochę niedoceniany trener Tadeusz Gaszyński dowiedział się, że Zarząd nie będzie zainteresowany jego usługami w nowym sezonie. Kibice na wieść o roszadzie przecierali oczy ze zdumienia, prasa i piłkarze stali murem za „Gaszą”. Prezes Mojsiuszko upierał się jednak przy swoim – w funkcji trenera widział coś więcej niż tylko rolę szkoleniowca. Szukał kogoś na kształt menadżera – wychodził bowiem z założenia, że Jagiellonia po latach wygnania w III i IV lidze, aby znaczyć cokolwiek na drugoligowym poziomie, musi mieć w swych szeregach faceta ze znajomościami, obeznanego w brutalnych realiach ówczesnej piłki nożnej w Polsce. Pamiętacie dialog w klubie nocnym z „Piłkarskiego Pokera”?

poker

– Dymają mnie, różne Hanysy, i z przodu i z tyłu. Bo jestem beniaminkiem w lidze. Ty… wszystkich znasz. I dużo możesz. Jesteś człowiekiem z układami. Potrzebny mi trener*. Willa, talon na Poloneza, i te… różne duperele. Jaką chcesz pensję?
– No.. z pół melona.
– Pfff
– Za dużo?
– Nie o to chodzi. Jak będziesz zarabiał więcej ode mnie, przestaną mnie szanować jako prezesa. Ale dobrze, przecież ja pracuje społecznie!

Jerzy Masztaler zgodził się objąć Jagiellonię dopiero po trzecim podejściu prezesa Mojsiuszki i zawitał do Białegostoku w celu ostatecznego domówienia „dupereli” w kontrakcie. Przy okazji mógł zobaczyć swych przyszłych podopiecznych w akcji, bo wizyta nad Białką zbiegła się z meczem żółto-czerwonych z Hutnikiem Warszawa, będącym już tylko dodatkiem do zaplanowanej na ten dzień fety z okazji awansu. Cieszący się wraz z piłkarzami i ich szkoleniowcem kibice nie przywitali nowego trenera zbyt miło. Płot okalający boisko przyozdabiał stosowny transparent, a z sektora szalikowców co raz rzucane były pod jego adresem nieprzychylne epitety. Sami piłkarze zagrali poniżej swych umiejętności, jak gdyby też chcieli zrazić do siebie przyszłego szefa. Nieoczekiwanie trener Masztaler zmienił zdanie i zrezygnował ze złożenia podpisu na umowie o pracę w Jagiellonii.

masztaler

– „To nie dla mnie zabawa. Zobaczyłem mecz, wyciągnąłem pewne wnioski. Do rozpoczęcia rozgrywek pozostało zaledwie kilka tygodni. Z tym zespołem wiele chyba bym nie zwojował, tym bardziej, że nie wiem jakie mają być wzmocnienia, kto odejdzie, kto przyjdzie” – powiedział „na ciepło” Porannemu tuż po meczu. Ostatecznie trenerem Jagiellonii został Wojciech Łazarek a Jerzego Masztalera mogliśmy w Białymstoku gościć jeszcze parę razy przy okazji meczów Jagiellonii z drużynami Świtu Nowy Dwór i KSZO Ostrowiec, których był później szkoleniowcem.

bialas

Ostatnim z dzisiejszych bohaterów będzie wspominany już Stefan Białas. Zatrudniony przez Jagiellonię jako następca Artura Płatka, miał za zadanie zwycięsko wyjść z barażowego pojedynku o utrzymanie w ekstraklasie i poskładać do kupy zbitą jak Nejman po KSW drużynę żółto-czerwonych wiosną 2008 roku. Zadanie z samej definicji okazało się nie najłatwiejsze, bo jak wygrać baraże skoro nie wiadomo z kim i czy w ogóle zostaną zorganizowane? Przedłużająca się przerwa miała wpłynąć pozytywnie na konsolidację drużyny, ale piłkarze (zwłaszcza ci z grupy białostockiej) z dnia na dzień tracili zaufanie do nowego szkoleniowca. Zabawnym był fakt wywieszenia kopii trenerskiego dossier w szatni, ale śmieszyć przestawały rozbrajające pomyłki trenera wciąż nazywającego Jareckiego Dareckim a Markiewicza Jarkiewiczem. Szalę goryczy przelała reakcja, a raczej jej brak, na bójkę Vuka Sotirowica z II trenerem Dariuszem Czykierem, do jakiej doszło podczas treningu na obozie w Olecku. Trener Białas udając, że sprawy nie widzi, zdecydował się schować głowę w piasek i udawać, że nic się nie stało. Jedną decyzją podważył cały swój autorytet, lekką ręką pozwolił na ferment w samym sercu szatni. Stracił panowanie nad kierownicą.

Coraz śmielej docierających do zarządu głosów piłkarzy wreszcie wysłuchano. Podjęcie decyzji wstrzymywano z powodu ustalonego wcześniej i zapisanego w kontrakcie odszkodowania na podobny wypadek, ale na kilka dni po ostatecznym anulowaniu barażów, zdecydowano się odwołać także trenera. Miejsce Stefana Białasa zajął Michał Probierz. Ten sam, który dzisiaj znów żegna się z Jagiellonią.

* w oryginale dyrektor generalny, zmieniłem na trenera aby lepiej pasowało

Zobacz także...

1 Comment Join the Conversation →


  1. Mirek

    Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Jej źródełko wyschło po odejściu Wójcika który pod tym względem umiał o piłkarzy zadbać (nie to, że nie uszczknął przy okazji nic dla siebie) i potem piłkarze kombinowali jak przywrócić poprzednie porządki. Mówi się, że finał PP był sprzedany, ale to chyba nieprawda, oni ten mecz przegrali już pół roku wcześniej myśląc o kasie zamiast treningu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *