Co dwie fuzje, to nie jedna

Stosunkowo krótka przerwa wakacyjna, wczesny start Jagiellonii w eliminacjach Ligi Europejskiej, napięty grafik i mnogość informacji, jaką bombardują nas oficjalne kanały klubu, serwisy internetowe czy telewizja sprawiły, że pojęcie „sezon ogórkowy” wypadł na dobre ze słownika piłkarskiego kibica. Rozgrywki ledwie raczyły się skończyć, a z miejsca ruszyły następne i trudno nadążyć za tymi wszystkimi transferami, obozami, sparringami i roszadami na trenerskich ławkach. Pogoń za informacją jest dziś wręcz chora i aż dziwne, że taki twitter Porannego nie melduje jaki film oglądał w kinie Frankowski, a oficjalna strona klubu nie prezentuje fotogalerii ze śniadania Sheridana, podczas którego popija nową klubową wodą przepyszne bułeczki maślane, będące do nabycia w sklepie, którego logo całkiem przypadkiem mignie przed ekranem czternaście razy.

Kiedyś było wręcz odwrotnie. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych każda informacja była na wagę złota. Młodzi kibice nie związani w żaden sposób z klubem ani lokalnymi środkami masowego przekazu mogli co najwyżej wiedzieć, że piłkarze poddają się roztrenowaniu, albo akurat pojechali w bliżej nieznanym kierunku na obóz. Białostocka prasa, co zrozumiałe, wolała poświęcać swe szpalty na rzeczy nieco bardziej istotniejsze i ciekawsze od planów czwartoligowych amatorów spod znaku żółto-czerwonej litery „J”, musiały więc wystarczać lakoniczne i powściągliwe komunikaty. Po prostu „przerwa urlopowa” – jak te popularne wówczas napisy przyklejane latem do zabarykadowanych na sto kłódek kiosków.

Zupełnie inaczej sprawy toczyły się latem 1999 roku. W gabinetach klubu z ulicy Jurowieckiej zawsze działo się dużo, ale tym razem mieliśmy do czynienia z prawdziwym, trzymającym w napięciu do ostatniego odcinka serialem. Dreszcowcem, którego kolejne części gościły codziennie na pierwszej stronie Porannego czy Współczesnej. A wszystko za sprawą gorących rozmów na linii Białystok – Suwałki.

wpwasilkowKadra KP Wersal Wasilków wiosną 1999 roku, czyli tuż przed „zmianą szyldu” na Jagiellonię

Na początku wakacji zmaterializowała się parafrazowana wcześniej umowa pomiędzy Jagiellonią a Wersalem Podlaskim. Jagiellonia połączyła się z KP Wasilków i dzięki fuzji, do Białegostoku powróciła grupa dobrze znanych kibicom piłkarzy. Zadaniem mającej nawet i drugoligowe aspiracje „nowej” Jagiellonii, było wydostanie się z czwartoligowej czeluści nie później niż po roku. Trener Mroziewski miał też przypilnować, aby budowana w tym czasie drużyna nie musiała po wywalczonym awansie znów bić się tylko o utrzymanie. Dwanaście miesięcy to idealny okres na pracę u podstaw i stabilizację, której w poprzednich latach próżno było szukać w Jagiellonii. Szansa na „awans” pojawiła się jednak szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Jedna fuzja to za mało

Kondycja większości podlaskich klubów woła dziś o pomstę do nieba. A pod koniec lat dziewięćdziesiątych bywało jeszcze gorzej. Nie najlepiej ten czas wspomina jedyny wówczas nasz reprezentant w rozgrywkach centralnych – Wigry Suwałki. Zadłużony po uszy klub miał bardzo poważne problemy ze zgłoszeniem drużyny do ligi. Suwalscy działacze nie mogąc znaleźć sponsora, otrzymali ofertę ostatniej szansy od …Mirosława Mojsiuszki, prezesa Jagiellonii, który udał się do polskiej stolicy zimna z teczką pełną pieniędzy. Właściciele Wersalu Podlaskiego byli gotowi wykupić długi Wigier w zamian za miejsce w III lidze. – „Po co kupować poszczególne mecze w ciągu całego sezonu, jeżeli awans możemy kupić już teraz?” – trafnie zauważył inny działacz, o wiele bardziej doświadczony w biznesie. Drużyny nie mogły się, ot tak, zamienić miejscami w ligowej hierarchii. W grę wchodziła tylko fuzja i połączenie obu klubów. Areną zmagań nowego zespołu trzecioligowego (de facto Jagiellonia plus Kamil Szarnecki z Wigier) byłby Białystok. Suwałkom pozostałyby czwartoligowe rezerwy („stare” Wigry zasilone kilkoma młodymi białostoczanami). Umówiono się, że fuzja trwałaby dwa lata, co w praktyce znaczyło, że Suwałki przez ten czas na pewno nie odzyskałyby statusu trzecioligowca. Po przedłużających się i burzliwych pertraktacjach, wreszcie podpisano dokumenty i złożono je w PZPN. Ośrodki regionalne nie widziały przeciwwskazań, decyzję wydać więc miała warszawska centrala.

Ale zabrakło jednego dokumentu – uchwały o likwidacji jednosekcyjnego klubu Wigry. Suwalscy działacze takowej nie podjęli, zależało im bowiem na kontynuowaniu szkolenia młodzieży pod starym szyldem. Miało to być swoistym zabezpieczeniem i bazą pod odbudowę Wigier, gdyby przy fuzji z Jagiellonią coś poszło nie tak. Wyrok odroczono do kolejnego posiedzenia.

Start ligi zbliżał się wielkimi krokami a piłkarze nie wiedzieli przeciw komu i w jakiej lidze przyjdzie im rywalizować.  Ostateczna decyzja miała być podjęta „za pięć dwunasta”, wszystko jednak wskazywało na to, że sprawa zakończy się po myśli białostoczan. Tygodnik „Piłka Nożna”, w corocznym wydaniu skarbu kibica „Liga Polska 1999/00” wśród drużyn trzecioligowych zamieścił klub o nazwie „Jagiellonia/Wigry Wersal Białystok” z herbem Jagiellonii, białostockim adresem i listą piłkarzy trenera Mroziewskiego.

Okazało się jednak, że oprócz białostockiego, wigierscy działacze równie często wybierali bydgoski numer kierunkowy, cichaczem negocjując umowę z firmą El-Net. Wchodzący na rynek telekom miał chrapkę na inwestycję w planowaną na suwalszczyźnie modernizację sieci telefonicznej, a wyciągnięcie Wigier z finansowego dołka byłoby mistrzowską zagrywką marketingową. List intencyjny podpisany między firmą a suwalskimi działaczami w dniu, w którym PZPN miał zatwierdzić fuzję Jagiellonii i Wigier przesądził o sprawie. Serial się skończył – piłkarze o awans do III ligi musieli zatroszczyć się sami a kibicom, zamiast Okęcia Warszawa, na inaugurację musiał wystarczyć Bug Wyszków.

Czy historia zakończyła się źle? Absolutnie nie. Awans wywalczony przy zielonym stoliku mógł żółto-czerwonym równie dobrze zaszkodzić co dopomóc. A tak, drużyna okrzepła i wygrała później zarówno IV jak i III ligę. Choć był to czas upokorzenia (bo jak inaczej nazwać najbardziej zasłużony klub w północno-wschodnim regionie kraju występujący w lidze iście buraczanej) to ciężko jest dziś  traktować dodatkowy sezon w futbolowym piekle, jako czas stracony. A Wigry, choć ostatecznie zostały przez El-Net pozostawione na lodzie, jakimś cudem zdołały się utrzymać i nie zniknęły z futbolowej mapy Polski. Kluby zdążyły jeszcze rozegrać niejedno derbowe spotkanie, jakże elektryzujące publiczność zarówno w jednym, jak i w drugim mieście. A skoro do ekstraklasy trafia Sandecja czy Termalika, to niby dlaczego podobna sztuka nie miałaby się udać w Suwałkach?

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *