Też byłem mistrzem

O większości podopiecznych trenera Karalusa napisano tyle, że na poświęcone im książki i publikacje prasowe, już dawno powinno znaleźć się oddzielne pomieszczenie w czytelni Górnickiego przy ul. Skłodowskiej, a biografii Tomasza Frankowskiego czy Marka Citko białostoccy uczniowie uczą się dziś zamiast inwokacji Pana Tadeusza. Jego utalentowani wychowankowie w latach dziewięćdziesiątych hurtowo zasilali kadry polskich pierwszoligowców a wielu z nich udało się nawet z powodzeniem reprezentować barwy naszego kraju. Medale młodzieżowych mistrzostw Polski zdobywali jednak także zawodnicy, którzy z różnych powodów nie odnosili później sukcesów w dorosłej piłce. Jednym z nich jest Piotr Maziuk – bramkarz i mistrz Polski juniorów z 1992 r.

O jedenastce Jagiellonii rocznika 1974 żartowano, że najgorszym jej ogniwem jest bramkarz, ale trudno tego dowieść, bo napastnicy drużyny przeciwnej i tak nie dochodzą do żadnych sytuacji strzeleckich. I jeżeli ciężko było udowodnić swe umiejętności pierwszemu golkiperowi – Maciejowi Kudryckiemu, to co miał powiedzieć jego zmiennik?

Jak trafił Pan do Jagiellonii?

Jak to często bywa, na pierwszy trening zaprowadził mnie ojciec. Trafiłem do grupy rocznika 1973/74. Gdzieś na dnie świadomości pamiętam, że był tam Tomek Frankowski, chyba także Marek Citko. Najlepiej pamiętam oczywiście Samuela Tomara. Był moim kumplem z klasy i to ja wyciągnąłem go na treningi. W zasadzie nie musiałem namawiać, bo każdy dzieciak w Białymstoku marzył wtedy aby być piłkarzem Jagiellonii. Czasy „Wielkiej Jagi” lat osiemdziesiątych to zupełnie inny klimat wokół piłki w Białymstoku. Dziś trudno wytłumaczyć ile zazdrości wzbudzał wśród rówieśników dres z „Jotką”, jaką frajdę przynosił przejazd przez miasto w nowiutkim autokarze w klubowych barwach. W latach osiemdziesiątych nie brakowało pieniędzy na szkolenie młodzieży. Sprzęt, obozy, wyjazdy na turnieje – wszystko mieliśmy zapewnione. Na początku trenowaliśmy pod okiem Zenona Szaleckiego. Nie mam pewności czy był wtedy jeszcze czynnym zawodnikiem czy było to już po tym gdy skończył karierę. Ale jego pożegnalny mecz przy Jurowieckiej pamiętam dobrze. Po pewnym czasie podzielono nas juz rocznikami – chłopaków urodzonych w 1973, w tym mnie, zaczął trenować Andrzej Popławski. Rok młodszych – Mirosław Mojsiuszko, którego zespół przejął później trener Karalus.

Piotr Maziuk

Więc nie od razu trafił Pan pod jego skrzydła.

Razem z Samkiem trenowaliśmy pod okiem Tadeusza Siejewicza. Po połączeniu roczników 1972 i 1973 Tomar zasilił juniorów Ryszarda Karalusa a ja z czasem przeszedłem do rezerw. Nie wiedzieć czemu w Jagiellonii panował wówczas deficyt bramkarzy. W pamiętnym  sezonie 1991/92, Maciej Kudrycki był jedynym golkiperem w swym zespole. Brak rywalizacji nie wpływa zbyt dobrze na rozwój, po za tym dobrze było mieć kogoś w zapasie na ławce. Rocznikowo byłem starszy, ale mogłem zostać dopisany, więc zapychałem dziury.

Brzmi to bardzo skromnie.

Kudryś dawał czadu i trzeba to powiedzieć wprost. W lidze juniorów zdarzyło mi się zagrać raptem dwa mecze i pamiętam, ze strasznie się wówczas wynudziłem. W turniejach półfinałowych czy dwumeczu o złoty medal nie zagrałem już ani minuty. W młodości piłka zdominowała moje życie i wiele spraw jej podporządkowałem. W trampkarzach czy juniorach młodszych nawet nieźle mi szło, zawsze należałem do tzw. „obiecującej grupy”. Oprócz pracy liczą się jednak także predyspozycje fizyczne. Słabe warunki może i dałoby się jakoś poprawić na siłowni, ale na to, że w pewnym momencie przestałem rosnąć, nie miałem już wpływu. Marne 177 cm wzrostu było moim największym problemem.

Ale złoty medal zasłużenie zawisł na szyi.

Człowiek docenia takie rzeczy dopiero po latach. Byłem w tej drużynie i choć trochę z boku, to cieszyłem się ze złota tak samo jak reszta chłopaków. Może nie byłem jakoś wielce z nimi zżyty, ale atmosfera w szatni zawsze była rodzinna. Żadnych kłótni, żadnego zwalania winy. No i wielki respekt, jakim obdarzaliśmy trenera. To było coś niesamowitego.

Czy to tajemnica sukcesu tamtej paki?

Po latach zastanawiałem się czemu to akurat od Karalusa wychodziły piłkarskie diamenty. Z tego co pamiętam, większość trenerów nastawiała się w swych grupach wiekowych na wygrywanie jak największej ilości meczów a treningi typowo siłowe polegały na budowaniu tężyzny i wytrzymałości. Trener Karalus uczył przede wszystkim zabawy z piłką, wielką wagę przykładał do szkolenia technicznego. Jego chłopaki wyprawiali cuda w piłce halowej, pięcioma podaniami z klepki potrafili rozmontować każdą obronę. Piłka kleiła im się do nogi. Oprócz tego był świetnym wychowawcą i miał wpływ na życie młodych piłkarzy także poza boiskiem. Pilnował czy odrabiają lekcje, czy zachowują się jak trzeba. Moim zdaniem to były fundamenty pod ich dalsze kariery w seniorskiej piłce.

Kto zdawał się wtedy zrobić ją najszybciej?

Jeżeli chodzi o talent, to utkwił mi w pamięci zwłaszcza Marek Citko. Był mocny fizycznie, świetnie panował nad piłką i miał to „coś”, które robiło różnicę. Boiskowym chytrusem, zawsze wiedzącym gdzie wyląduje piłka, był od małego Tomek Frankowski. Wszyscy bardzo go lubiliśmy, był wręcz maskotką drużyny.

A po mistrzostwach?

Kilku chłopaków z miejsca awansowało do seniorów. Inni pograli jeszcze w juniorach albo rezerwach. Ja, jak mówiłem, nie myślałem już o karierze. Dostałem się na AWF do Gorzowa Wielkopolskiego. Niestety zawaliłem egzaminy i wróciłem na stare śmieci. Kontynuowałem naukę w Medycznym Studium Zawodowym. Zostałem rehabilitantem, pracuję na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

Nie brakowało piłki? Nie chciał Pan wrócić do Jagiellonii w roli masera?

Nie. Pozostałem z boku. Trzymałem kciuki i dopingowałem starych kumpli z boiska, ale kontaktu nie utrzymujemy. Bardzo przykro było patrzeć, jak spadali z ekstraklasy rok po naszych mistrzostwach. Chłopaki zdawali piłkarską maturę w najgorszym z możliwych momentów – w czasie zmian pokoleniowych i ekonomicznych. Młody zespół, brak wzmocnień i sponsorów – to musiało się tak skończyć. A w piłkę pograłem jeszcze z pięć lat amatorsko. Z Andrzejewskim Klepacze awansowaliśmy z A klasy do okręgówki.

A gdy dziś patrzy Pan na Jagiellonię?

Mimo pięknych wyników sportowych, klub wydaje się być tylko wirtualny. Niby jest profesjonalizm i piękna otoczka, ale brakuje miejsca, z którym młodzi piłkarze trenujący na obcych obiektach mogliby się utożsamiać tak jak my kiedyś. Stara hala i stadion były czymś więcej niż tylko budynkiem i boiskiem, spędzaliśmy tam całe dnie – trenując, podpatrując starszych. Trzeba pamiętać, ze oprócz piłki nożnej prężnie działały sekcje judo, lekkiej atletyki, szermierki. Dziwię się, że obecne władze nie starają się o nowe „zakotwiczenie” klubu w mieście.

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *