Janusz Wójcik i jego „żółto-czerwoni” cz.2

Koszty w ekstraklasie są znacznie wyższe: muszą na przykład wzrosnąć premie za wygrane mecze, a punkty, które są niezbędne do utrzymania powinny kosztować więcej niż te zdobywane w II lidze

Janusz Wójcik i jego Jagiellonia przed debiutem w ekstraklasie.

« zanim przeczytasz, zobacz część pierwszą

 Tak to się zaczęło. Z dziewiątego, niemal spadkowego, miejsca po rundzie jesiennej sezonu 1985/86, zakończyliśmy rozgrywki na trzecim miejscu, walcząc do końca o awans!

Wystarczy powiedzieć, że kiedy zjawiłem się w Białymstoku, „Jaga” miała za sobą 5 zwycięstw, 4 remisy, 6 porażek, ujemny bilans bramek i dziesięć punktów straty do prowadzącej Polonii Bytom. W czerwcu, gdy nasza grupa II ligi kończyła rozgrywki, do awansującej Polonii mieliśmy już tylko sześć punktów straty, dodatni stosunek bramek (36:24) oraz w sumie 12 zwycięstw, 11 remisów i tylko 7 porażek. Na wiosnę więc ponieśliśmy tylko JEDNĄ porażkę !
Uwdało mi się zbudować drużynę, której zawodnicy daliby się pokroić jeden za drugiego. Nie wzmacniałem jej piłkarzami spoza regionu, tylko miejscowymi chłopakami. To też wiązało nas mocniej. Grało wtedy zaledwie kilku obiecujących zawodników: Jacek Mojsa, Jacek Bayer (strzelał dla nas najwięcej bramek), Andrzej Ambrożej, Wiesław Romaniuk, Jarosław Michalewicz. Z tej jedenastki czterech zrobiłem reprezentantami młodzieżówki. Chociaż zajęliśmy trzecie miejsce, zaraz po zakończeniu sezonu powiedziałem, że w następnym gramy o ekstraklasę. Działacze byli zszokowani. Jak to o pierwszą ligę? Co my tam będziemy robić? I jak się tam dostaniemy, skoro jesienią ledwo broniliśmy się przed spadkiem? Słowem  – nikt nie widział szans.

Kibice jednak byli szczęśliwi. To co w nowym sezonie działo się na widowni, przekraczało naśmielsze wyobrażenia  czołowych klubów polskiej ligi. Musieliśmy wynajmować stadion Gwardii (późniejszego Hetmana) Białystok, na na naszym regularnie przychodzące trzydzieści tysięcy się nie mieściło.

Początek sezonu wiosennego w Białymstoku wypadał – choćby nie wiem jakie miało być potem „lato stulecia” – w kopach śniegu. Boisko, co prawda, działacze – o ile nie zapomniałem ich pogonić – potrafili przygotować, ale kibice mieli przegwizdane. Kto potrafiłby usiedzieć półtorej godziny  na śniegu i lodzie na trybunach? Oni potrafili! Zwykle na półtorej godziny przed meczem stadion  był już zapchany do ostatniego miejsca. Mało tego – mieliśmy na przykład stałych kibiców z Hajnówki, dość daleko od Białegostoku. Oni potrafili rano wyjechać saniami (jedyny pewny sposób podróżowania o tej porze roku), by pijąc cały czas gorzałkę na rozgrzewkę – zjawiać się punktualnie na meczu i wieczorem wracać.

Przynajmniej raz w miesiącu spotykaliśmy się całą drużyną z kibicami Jagiellonii. Sale zawsze pękały w szwach. Czasami nawet dochodziło do kłótni.
Bo doping – kibicom chyba tego tłumaczyć nie trzeba – to podstawowy warunek sukcesu.
Kiedy zaczynałem pracę w Jagiellonii, przychodziło od tysiąca do dwóch tysięcy widzów. Kiedy walczyliśmy o pierwszą ligę, regularnie bywało ponad dwadzieścia, trzydzieści, a rekord stanowiło czterdzieści tysięcy widzów! Trudno opisać, co się wtedy działo w mieście.

Głównym rywalem Jagiellonii w walce o pierwszą ligę był w Górnik Knurów. Już w pierwszej rundzie, na ich boisku, bez problemu wygraliśmy 3:1. Pomógł w tym waśnie doping: do Knurowa przyjechało z dziesięć autokarów  z Białegostoku. Z kolei na wyjazdowym meczu z Hutnikiem Warszawa zjawiło się tylu naszych kibiców, że gdy na boisko wychodziloi piłkarze Hutnika, usłyszeli tylko wielki gwizd i skandowanie „WITAMY GOŚCI””. Musieli przegrać, choć niby grali u siebie. Zawsze jeździło z nami przynajmniej kilka tysięcy widzów.

Jagiellonia 1987: Mirosław Mojsiuszko (II trener), Lucjan Trudnos, Mariusz Lisowski, Dariusz Czykier, Andrzej Kulesza, Jacek Bayer, Mirosław Tiszkow, Robert Fiedorczuk, Wiesław Romaniuk, Henryk Mojsa, Cezary Kulesza, Mirosław Sowiński, Janusz Wójcik (I trener). Dolny rząd od lewej: Andrzej Ambrożej, Roman Miszewski, Mariusz Szulżycki, Antoni Cylwik, Jarosław Bartnowski, Dariusz Bayer, Janusz Szugzda, Jarosław Michalewicz, Mirosław Car

Mimo, że wzmocnienia nie były poważne i spektakularne, zgniataliśmy przeciwników. Już w rundzie jesiennej zagraliśmy bardzo dobrze – przegraliśmy tylko jeden wyjazdowy mecz z Wisłą w Krakowie, a wygraliśmy aż dwanaście. Nic dziwnego, że na wiosnę już po kilku pierwszych kolejkach faktycznie zapewniliśmy sobie awans po I ligi. Pierwszą bramkę straciliśmy dopierr pod koniec maja w jedenastej kolejce (choć mecz z Avią i tak wygraliśmy, na wyjeździe), a jedyny przegrany pojedynek miał miejsce w ostatniej kolejce z Igloopolem. Czyli z Edwardem Brzostowskim, ówczesnym prezesem PZPN, jedynym wówczas kapitalistą w socjalistycznej Polsce, w dodatku wiceministrem rolnictwa..

Na koniec sezonu mieliśmy bodaj 15 punktów przewagi nad drugą drużyną w tabeli. Do tego 51 bramek strzelonych i tylko 13 straconych. 5 zwycięstw za trzy punkty (tak wówczas liczono zwycięstwo, różnicą co najmniej trzech bramek), 17 zwycięstw za dwa, sześć remisów i tylko te dwie porażki. Jacek Bayer został bezdyskusyjnym królem strzelców – 23 gole. Wszyscy przyznawali, że Jagiellonia jest tak znakomicie fizycznie przygotowana do sezonu, że potrafi zabiegać na śmierć każdego przeciwnika. Mało tego, strzelaliśmy przeciwnikikom tyle bramek, ile chcieliśmy i jak chcieliśmy. Na meczach w Białymstoku było jak na Maracanie – kiedy wjeźdżaliśmy pod silną eskortą służb porządkowych na stadion, słychać było huk i wycie jak z dna piekła. Nic dziwnego, skoro na jednym naszym meczu zjawiało się tyle ludzi, ile we wszystkich pozostałych meczach w ciągu dwóch kolejek II ligi.

Na długo przed końcem sezonu mogliśmy jechać na urlop. Może nawet i tak by się stało, trudno przecież cały czas grać na najwyższych obrotach, zwłaszcza jeśli awans jest już przypieczętowany. Wtedy jednak zaczęli się pojawiać u nas przedstawiciele innych klubów, premiując chłopaków tylko a to, żeby ne przyszło im do głowy sporzedanie jakiegoś meczu! Takim wysłannikom mówiłem: Panowie, jeśli chcecie coś zatwić, to proszę do zawodników. W ten sposób moi piłkarze mieli komfortową sytuację: swoje premie plus jeszcze kilku kontrahentów, których jedynym marzeniem było to, żeby Jagiellonia grała na swoim normalnym poziomie. Prasa już zakładała, że z drużynami szukającymi punktów musi się Jagiellonii przytrafić jakaś wpadka. Nawet niektórze działacze napomykali o tym ale powiedziałem im ostro: Nawet nie myślcie, że drużyna się komukolwiek podłoży! W ten sposób białostoccy piłkarze po raz pierwszy awansowali do ekstraklasy, był rok 1987.

Wieści o cudzie w Jagiellonii bardzo szybko obiegły nasz mały światek piłkarski. Co dopiero, gdy zakwalifikowaliśmy się do ekstraklasy i wzięliśmy udział w tradycyjnym turnieju przed pierwszą ligą w Skarżysku Kamiennej. Tam zjechała się czołówka ligi: Legia, Łks, Widzew i my – beniaminek. I wszyscy przerżnęli z nami bezdyskusyjnie. Widzew 1:3, Legia bodaj 0:2, choć przed turniejem dawało się słyszeć: „Ej chłoptasie, nie dla was pierwszoligowe frukty.
Mecz otwarcia sezonu graliśmy z Widzewem u siebie, data 8 sierpnia 1987 roku weszła do historii klubu i Białegostoku. Dzikie tłumy, atmosfera niezwykła. Kibice na bieżni, a nawet za bramkami. Stadion wypełniony do ostatniego miejsca już na dwie godziny przed meczem. To był rekord – 40 tysięcy. Łodzianie w mocnym składzie, wiadomo – legendarna drużyna.

Wspaniała oprawa, Puchary dla najlepszych zawodników ostatniego sezonu , stroje Umbro, ufundowane przez naszego wielkiego wielbiciela z Chicago. Miss Podlasia wręczająca wszystkim zawodnikom kwiaty. Wielka Feta.
Koszty w ekstraklasie są znacznie wyższe: muszą na przykład wzrosnąć premie za wygrane mecze, a punkty, które są niezbędne do utrzymania powinny kosztować więcej niż te zdobywane w II lidze.W Jagiellonii udało mi się zadbać o sprawy drużyny. Hala treningowa została przebudowana, toalety zmienione, założone ogrzewanie.
Sezon jesienny kończył się tak, że zajmowaliśmy miejsce w środku tabeli. Kibice nadal walili drzwiami i oknami na mecze. Przez jakiś czas nie wypadało po propstu nie bywać na spotkaniach Jagiellonii. Wszystcko to w pewnym momencie zostało roztrwonione: przez samych piłkarzy, którym woda sodowa uderzyła do głowy, przede wszystkim zaś za bezmyślność działaczy. Zacząłem się meczyć w klubie.

Po pierwsze nadal musiałem biegać za najdrobniejszym głupstwem, zamiast zajmować się prowadzeniem drużyny. Po drugie zaczęto bezczelnie zaglądać mi do kieszeni. Nie były to jeszcze czasy, gdy sportowcom wypadało zarabiać przyzwoite pieniądze. Zarabiać musi również trener. Kiedyś zaczepił mnie o to jeden z dziennikarzy „Piłki Nożnej” zarzucając, że dostaję znaczną część premii za zdobyte punkty, odpowiedziałem:

„Wysokość płacy musi być związana z wydajnością pracy. Jest to zgodne z zasadami reformy, a ja wymyśliłem ten system premiowania półtora roku temu, czyli założenia drugiego etapu wyprzedziłem. To źle? Po za tym: jeśli ktoś nie potrafi skoczyć dwóch metrów za milion złotych, nie nie skoczy ich nawet za dziesięć milionów. A kto słyszał o Jagiellonii przed moim przyjściem?”

Po moim odejściu, po trzech niezbyt udanych sezonach, Jagiellonia spadła do II ligi.

zobacz część trzecią »

fragmenty książki „Jego biało-czerwoni” J.Wójcika

Zobacz także...

2 Comments Join the Conversation →


  1. Elnora Roso

    Czy będzie kontynuacja?

  2. jurowiecka21

    @eleonora

    część pierwsza tutaj – http://jurowiecka21.pl/janusz-wojcik-i-jego-zolto-czerwoni/
    częśćć trzecia tutaj – http://jurowiecka21.pl/janusz-wojcik-i-jego-zolto-czerwoni-cz-3/

    pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *