Janusz Wójcik i jego „żółto-czerwoni” cz.3

Rzec, że Janusz Wójcik jest osobą kontrowersyjną, to tak jak nic nie powiedzieć. Społeczność Białegostoku –  nie tylko ludzie związani z piłką nożną czy kibice Jagiellonii –  nosiła go na rękach. W pewnym sensie sympatia ta pozostała do dziś, o czym może świadczyć fakt, że kiedy kandydował do Sejmu RP w 2005 roku, zdecydował się startować do wyborów z Białegostoku – co przyniosło zamierzony efekt, w postaci 4236 głosów i mandatu poselskiego.

Mnie, urodzonemu w połowie lat osiemdziesiątych, nie dane było przeżywać sukcesów Jagiellonii z końca ósmej dekady XX wieku na własnej skórze, znam je jedynie z relacji starszych kibiców, archiwalnych artykułów prasowych czy opowieści rodziców, którzy za kibiców nigdy się nie uważali, ale również ich w pewnym momencie i w pewnym sensie ogarnął fenomen drużyny Janusza Wójcika. A to o czymś świadczy.

Janusz Wójcik i jego słynna, jeansowa kurtka

Kiedy pierwszy raz chwyciłem do ręki książkę, której fragmenty miałem okazję przytoczyć w poprzednich notkach, przeczytałem ją od deski do deski, jednym tchem. Ciekawy byłem zwłaszcza części poświęconej żółto-czerwonym. Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ogarnęła mną miłość do Jagiellonii, wówczas czwartoligowego, prowincjonalnego klubu, okres Wójcika i jego Wielkiej Jagi zdawał się być czasem odleglejszym niż starożytność, o której uczyłem się w szkole. Do tego nic nie wskazywało na to, że podobne sukcesy miałyby kiedykolwiek powrócić. No i fakt, że trener Wójcik prowadził w tych latach pierwszą reprezentację i, że było to jeszcze przed sromotnymi porażkami z Anglią i Szwecją, jego wizerunek w moich (i nie tylko) oczach urastał do miana człowieka sukcesu, trenera, na którego polscy kibice czekali od czasów Kazimierza Górskiego. Jednym zdaniem był wysoką figurą, szkoleniowcem okrytym w Białymstoku prawdziwą legendą. To wszystko sprawia, że trudno mi jest odnieść się do jego pracy w Białymstoku przez pryzmat książki, jaką napisał. Ale spróbuję.

Wiadomo, że tego typu pozycje na rynku wydawniczym, pisze się w sposób dość „pompatyczny”, budując lub poprawiając jeszcze bardziej swój wizerunek. Nie uważam tego za nic zdrożnego, ale czy jest się do końca sprawiedliwym, przypisując każdy, najmniejszy nawet, sukces swojej osobie a błędami i niepowodzeniami obarczając wszystkich dookoła? A nawet jeśli, Janusz Wójcik mógłby to robić odrobinę subtelniej, nie popełniając błędów merytorycznych – jak np. notoryczne zawyżanie frekwencji czy zaprzeczanie samemu sobie, co do sytuacji kadrowej.  Bo czterdzieści tysięcy fanów na stadionie w II lidze to lekka przesada a zespół, jaki objął nie był aż taki zły jak opisywał. Jak to możliwe, że „drużyna słaba kadrowo”, bez uzyskania jakichkolwiek, poważnych wzmocnień, przegrała wiosną 1986 roku tylko jeden mecz? Nie wierzę w Wójcika – cudotwórcę, który nauczył zawodników jak się gra w piłkę w przeciągu jedynie 2-3 miesięcy. Jego zasługi w awansie Czykiera, Michalewicza oraz Ambrożeja do „młodzieżówki” czy Bayera do kadry A niestety nie są, obiektywnie patrząc, tak wielkie jak o nich mówi. Równie dobrze mógłby stwierdzić, że Frankowski strzelił już 155 bramek w ekstraklasie, bo dał mu kilka wskazówek, kiedy przypadkiem pojawił się na treningu juniorów w 1987. Do tego jak można poważnie traktować opowieści trenera, który w swym życiorysie pomylił imię swego najlepszego piłkarza – profesora Henryka Mojsę, którego nazwał Jackiem? Zgadzam się z tezą, że Wójcik był ojcem sukcesu Jagiellonii z lat osiemdziesiątych, ale architektem tej ekipy był trener Karalus, pracujący z pierwszym zespołem w latach 1983-86 ale o tym nie dowiemy się z książki.

Ciężko jest mi uwierzyć, że cały okres pracy w Białymstoku, trener Wójcik zamieszkiwał w hotelu robotniczym. Chyba, że tylko na śniadania chadzał do Cristalu. W ogóle dziwi mnie to, w jaki sposób wspomina Białystok – w jego mniemaniu miasto szare, zimne i smutne. Trudno się nie zgodzić, że to właśnie marazm i szarość dnia codziennego w PRL wyniósł go do tytułu Najpopularniejszego Białostoczanina. Osiągając wynik sportowy był skazany na sukces komercyjny i towarzyski, o którym dzisiejsi celebryci mogą tylko śnić. Jagiellonia była dla ludzi lekiem na codzienne troski, odskocznią od dni spędzonych w kolejkach – nic więc  dziwnego, że wszędzie gdzie pojawił się Pan Trener, mógł liczyć na przychylność i pobłażliwe traktowanie – zapewne także wtedy, gdy musiał załatwić tę słynną farbę do odmalowania szatni. Ludzie nosili go na rękach, był Królem Białegostoku, a teraz swego królestwa nie chce pamiętać od tej dobrej strony.

Wielu pamięta, jakim pseudonimem ochrzcił Wójcika białostocki światek. Nazywali go „Melon”, bo wciąż powtarzał ile to melonów trzeba wydać, aby zdobyć ekstraklasę a potem o ile trzeba tę kwotę pomnożyć by ją utrzymać. Dzięki książce dowiedzieliśmy się o tym jak „ukracał procedery” i rozwiązywał problemy przekrętów: z biletami, z kasą od sponsorów, z nieuczciwymi działaczami. Nie poznaliśmy jednak historii o ogniu krytyki wśród osób zarzucających czyny podobne jemu samemu. Podejrzenia o niegospodarności, coraz większych kosztach utrzymania drużyny, co najmniej dziwnym sposobie dzielenia premii (po równo: dla mnie, dla bramkarza, dla mnie, dla obrońcy, dla mnie, dla libero, dla mnie… i tak dalej) czy o sumach wychodzących z kasy Jagiellonii …nie wiadomo gdzie. „Sędziów przyjmowaliśmy po pańsku”. Aha.

Kredyt zaufania, zwłaszcza ten wysoce oprocentowany kiedyś się kończy. Czarę goryczy przelały po prostu słabe wyniki i w końcu porażka już w 1/16 finału Pucharu Polski, do tego z drugoligowcem – po której Wójcikowi w Jagiellonii podziękowano. A jedyny komentarz autora, co do tej kwestii to jedno zdanie:

– „Po moim odejściu, po trzech niezbyt udanych sezonach, Jagiellonia spadła do II ligi”. Tylko na tyle go stać. Ani słowa o następcy, który zdołał wycisnąć z drużyny zdecydowanie więcej, o finale Pucharu Polski, o tym, że nawet bez niego dawaliśmy radę w boju z najlepszymi zespołami w Polsce.

Jednymi słowy, krótki – bo zaledwie 12-stronnicowy – rozdział „Jego Biało-czerwonych” poświęcony jego pracy w Białymstoku nie wnosi zbyt wielu merytorycznych informacji. Żadnych ciekawostek, z jakich słyną inne tytuły tego typu i jakie kibice uwielbiają. Kilkanaście stron, zapewne powstałych w wielkich potach, jakby z przymusu, by nie robić dziury w życiorysie i by połechtać nieco własne ego. Bo oto przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – wprowadziłem Jagę na salony. Ja i tylko ja, nikt inny. Amen.

Przyznam i nigdy nie zaprzeczę, że Janusz Wójcik zrobił w Białymstoku kawał dobrej roboty. Pokazał światełko w tunelu, nauczył piłkarzy zwyciężać udowadniając ich wartość przed nimi samymi oraz udowodnił, że mają, o co grać. Rozciągnął żagiel, w który wreszcie zaczął dąć wiatr. Ale tylko dlatego, że miał więcej szczęścia, niż rozumu…

Aby wyrobić własne zdanie – zapraszam do zapoznania się z obszernymi cytatami dotyczącymi pracy Janusza Wójcika w Jagiellonii Białystok:

Janusz Wójcik i jego żółto-czerwoni część 1.
Janusz Wójcik i jego żółto-czerwoni część 2.

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *