Wszystkie Ryśki to porządne chłopy

Pięćdziesiąt lat kończy dziś Ryszard Ostrowski – wieloletni kapitan i legitymujący się rekordową liczbą meczów rozegranych w żółto-czerwonych barwach ulubieniec białostockiej publiczności. Piłkarz związany z Jagiellonią na dobre i złe. Choć ostatni mecz w jej szeregach rozegrał już prawie szesnaście lat temu, wielu kibiców wciąż z rozrzewnieniem wspomina legendarne rajdy prawą stroną boiska z których słynął ten filigranowy pomocnik. Do dziś stawiany za wzór pracowitości, ducha walki, nieustępliwości i przywiązania do klubowej tradycji. Był idolem dla kibiców i wzorem do naśladowania dla występujących z nim na boisku piłkarzy. W mojej pamięci pozostanie na zawsze niezniszczalną „siódemką”, jednym z nielicznych efektownych punktów Jagiellonii Białystok drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Sto lat Panie Ryszardzie. Dziękujemy, że zgodził się Pan świętować swój jubileusz razem z nami.

Czy jako dziecko marzył Pan o tym, by zostać strażakiem?

Nie. Choć jest to niewątpliwie marzeniem niejednego dziecka, nigdy nie myślałem o tym, że będę pracował w straży. Za to piłkarzem, i owszem. Jak większość chłopaków z mojego pokolenia, wolny czas spędzałem na świeżym powietrzu. Wszyscy grali w piłkę i każdy chciał zostać piłkarzem. Stadion Włókniarza widziałem z okien rodzinnego domu na Antoniuku. Wraz z kilkoma kolegami postanowiliśmy kiedyś spróbować i zapisać się na treningi. Udało się. Tak zaczęła się moja przygoda z futbolem. Z Włókniarzem byłem związany do osiągnięcia wieku seniora, zdążyłem  nawet rozegrać kilka meczów na poziomie ówczesnej trzeciej ligi. Ale pewnego dnia listonosz przyniósł bilet do wojska. Jako piłkarz miałem to szczęście, że mogłem nosić mundur równie często co dresy i korki. Chciałem służyć na miejscu – była przecież taka możliwość w białostockiej Gwardii, wówczas grałbym nawet w wyższej lidze, ale rozkaz to rozkaz. Na dwa lata trafiłem do Mazura, i swój pobyt w Ełku wspominam bardzo ciepło.

Gasił Pan tam pożary nie tylko na boisku.

Rzeczywiście, drugi rok służby wojskowej spędziłem w oddziale strażaków, ale wciąż nie myślałem o pracy w PSP. Liczyła się piłka, wojsko szybko zleciało. Po powrocie do Białegostoku wróciłem do Włókniarza, ale Jagiellonia prędko  złożyła mi propozycję nie do odrzucenia. Działacze obiecywali niezłe pieniądze, ale najbardziej liczyło się dla mnie to, że planują budowę nowej drużyny i powrót do ekstraklasy. Wszystko potoczyło się szybko, w ciągu jednego tylko tygodnia zagrałem mecze w barwach Mazura, Włókniarza i Jagiellonii. Klub z Jurowieckiej był w porównaniu do Włókniarza zupełnie innym światem, dużo lepiej zorganizowanym. Na mecze przychodziły tysiące kibiców.

Ryszard Ostrowski, Łks - Jagiellonia (wiosna 2002)

„Ryszard Ostrowski z mojego punktu widzenia należał do ważniejszych postaci Jagiellonii. Był to prawdziwy wojownik. Dla wielu młodych zawodników swego rodzaju drogowskaz. Wyważony, nie dawał ponieść się emocjom, dobrze się prowadził, nigdy nie uchodził za „duszę towarzystwa” ale każdy liczył się z jego zdaniem. Słynął z bardzo dobrego przygotowania fizycznego – nie pamiętam aby kiedykolwiek musiał zbijać zbędne kilogramy.” – Daniel Michaluk

I udało się spełnić marzenia o grze w ekstraklasie.

Awansowaliśmy po dwóch latach, ale wielkich planów nie udało się do końca zrealizować. Jagiellonia, której kadra oparta była na młodzieży, do tego bez wzmocnień i w obliczu przeogromnych trudności finansowych i organizacyjnych, nie stawiana była w gronie faworytów. Mieliśmy potencjał – co pokazały późniejsze kariery kilku kolegów z tamtej ekipy, ale rzeczywistość okazała się brutalna. Liga była wówczas zupełnie inna. Z jednej strony rozsypująca się infrastruktura i stadiony, ale z drugiej świeżo upieczeni medaliści olimpijscy po nich biegający. Poziom sportowy niby wyższy niż dziś, ale o wynikach często nie decydowały umiejętności piłkarskie zawodników a zaradność działaczy. Wiele mogliśmy sobie zarzucić, ale na miano najgorszej drużyny w historii ligi nie zasłużyliśmy nigdy. Spadliśmy do II ligi, trzeba było zacisnąć zęby i grać dalej.

Wówczas kilku Pana kolegów opuściło Białystok, co może nie pomogło klubowi, ale przynajmniej pozwoliło im rozwinąć się piłkarsko.

Nie wszyscy chcieli wyjechać za wszelką cenę, ja też nie zabiegałem o transfer. W Białymstoku był mój dom, czułem się tu zawsze dobrze. Działacze Pogoni Szczecin widzieli mnie w swej drużynie, na stole leżała już nawet niemała kupka pieniędzy jaką mogła za mnie zainkasować Jagiellonia. Kluby jednak nie zdołały się ostatecznie porozumieć, co szczerze przyznam, odebrałem z lekką ulgą.

Ryszard Ostrowski, Jagiellonia - Mks Szczytno, wiosna 1998

„Ryśka nie da się nie wspominać miło. Jesteśmy z tego samego osiedla, razem zaczęliśmy kopać piłkę we Włókniarzu – żyliśmy w bardzo dobrej komitywie. Osobiście uważam, że Ryszard Ostrowski był najbardziej niedocenianym zawodnikiem Jagiellonii. Oddawał serducho, nigdy się nie skarżył na przeciwności swego losu. Był harującym w pocie czoła facetem na którego zawsze można było liczyć. W pewnym momencie śmialiśmy się, ponieważ był wyznacznikiem formy drużyny – gdy Rysio skakał przez płotki jak „Gumiś” to wiedzieliśmy, że zespół jest dobrze przygotowany do sezonu. Innym razem Pojechałem na zgrupowanie młodzieżówki. Przyjeżdżam do hotelu i zamiast „dzień dobry” słyszę „a czemu sam, gdzie Ostrowski?”. Zadającemu to pytanie trenerowi wytłumaczyłem, że Rysio jest chyba trochę za stary. Zgłupiał, ale nic nie odpowiedział. Po powrocie opowiedziałem mu tę historię i żartowaliśmy, że był nieoficjalnym reprezentantem kraju, przecież wpłynęło pismo z PZPN.” – Marcin Manelski.

 

Wierzyliście w powrót do ekstraklasy?

Przez moment była taka nadzieja. W klubie była bieda, pieniędzy brakowało na wszystko. Ale pewnego dnia sponsor zaczął spłacać długi, znów dostawaliśmy pensje i premie. Dało się odczuć, że idzie ku lepszemu. Niestety czas pokazał, że nie wszyscy inwestujący w futbol biznesmeni mają czyste intencje. Zamiast lepiej – było gorzej, bo pieniądze zarabiane na sprzedaży zawodników, zamiast trafić do kasy Jagiellonii, szły prosto do prywatnych kieszeni.

I tak zamiast z Legią i Widzewem, przyszło toczyć boje z Wkrą Żuromin czy Spartą Szepietowo.

Niby tak, ale gdzie byśmy nie grali, do jakiej wioseczki nie pojechali, to zawsze jeździli za nami kibice. Z piłki na tym poziomie nie dało się już wyżyć. Piłkarze szukali innych klubów czy zajęcia, ale grać trzeba było do końca – choćby właśnie dla nich. Czasem było lepiej, czasem gorzej, ale nawet po najgorszym meczu, spotykając kibiców na mieście słyszało się miłe słowo i podziękowanie za grę. Do dziś zdarza się, że zaczepiają mnie ludzie, w większości młodzi – nawet nie wiem jak to możliwe, że mnie pamiętają, i pozdrawiają dziękując za grę. To bardzo miłe – zwłaszcza, że minęło przecież tyle lat. Gra w czwartoligowej Jagiellonii miała już tylko iluzoryczny związek z zawodowstwem. Piłka nożna, nawet na tym poziomie, wciąż sprawiała dużo frajdy, ale trzeba było pomyśleć o innym zajęciu – tym bardziej, że człowiek robił się z roku na rok coraz starszy. Za namową kolegów, którzy łączyli piłkę z pracą w straży pożarnej, też się tam zgłosiłem. W 1998 roku zdałem egzaminy i zostałem przyjęty.

Jagiellonia - Stal Stalowa Wola 2:0, jesień 1995

O Ryśku mogę się wypowiadać tylko w samych superlatywach. Wzorowy piłkarz, świetny kumpel, bardzo pracowity, dobra dusza drużyny, wiecznie uśmiechnięty. Bardzo oddany rodzinie i dzieciom, skąd jedna z jego ksyw brzmiała „Gumiś”, bo żywo opowiadał o najnowszych odcinkach bajki obejrzanych wraz z dziećmi.” – Maciej Kudrycki

Przez jakiś czas udawało się godzić te obowiązki

Miałem tę możliwość dzięki własnemu samozaparciu i życzliwym ludziom, którzy mnie otaczali. Komendant zwalniał mnie ze służby na treningi i mecze, nawet organizował podwózki. Zazwyczaj wpadałem na Jurowiecką w strażackim kombinezonie na ostatnią chwilę, a zaraz po zajęciach szybko znikałem aby kontynuować dyżur. To dziwne, ale dziś jestem już „tylko” strażakiem, a wydaje mi się, że mam dużo mniej wolnego czasu. Kiedyś oprócz pracy były przecież i treningi, i wyjazdy na mecze – często na drugi koniec Polski. Za rok przechodzę na emeryturę, mam nadzieję, że trochę odpocznę.

Dziś to nie do pomyślenia, że na poziomie I ligi można godzić piłkę z normalną pracą.

Żyjemy w zupełnie innej epoce, mamy profesjonalizm. Wydaje mi się, że niektórzy z dzisiejszych zawodników czasami nie doceniają warunków w jakich przychodzi im trenować.

Brakuje zaangażowania?

Nie mi to oceniać. Sam starałem się dawać z siebie wszystko i wynikało to z prostej przyczyny. Ludzie kupują bilety i siadają na trybunach bo wierzą, że piłkarze ich nie zawiodą. Można przegrać mecz, można stracić punkty przez błędy sędziego, można czasem nawet i strzelić tego samobója. Ale kibiców, jak i każdego innego człowieka, trzeba po prostu traktować poważnie. Odpuszczając mecz bardzo łatwo dać fanom do zrozumienia, że ma się ich w głębokim poważaniu. Nie wydaje mi się abym kiedykolwiek ich zawiódł, może dlatego wciąż miło mnie wspominają?

W Jagiellonii rozegrał Pan 342 mecze ligowe. Czy zapamiętał Pan któryś w szczególny sposób?

W pamięć najbardziej zapadły mi dwa mecze. Z rozgoryczeniem wspominam mecz barażowy o wejście do ekstraklasy z Zagłębiem w 1991 roku. Wygraliśmy 2:0 w Sosnowcu aby później ulec w takim samym stosunku w rewanżu w Białymstoku i ostatecznie przegrać awans po serii rzutów karnych. Najmilej wspominam za to mecz z Legią z 1992 roku. Po wcześniejszych porażkach nastroje były nie najlepsze i nikt nie wierzył w to, że uda nam się nawiązać walkę z liderem. Mecz ułożył się jednak bardzo dobrze i pokonaliśmy pewnych siebie legionistów, m.in. z Kowalczykiem w składzie, 3:1.

342 oczka to też klubowy rekord.

Mógł wyglądać jeszcze okazalej. Po spadku z II ligi w 2002 roku wiadomym było, że z drużyny odejdzie kilku piłkarzy z armii zaciężnej trenera Łazarka. Czułem się dobrze i szczerze wierzyłem, że jeszcze się przydam, że ktoś z moim doświadczeniem i umiejętnościami pomoże w wywalczeniu kolejnego awansu. Trener Mroziewski był jednak innego zdania, postawił na młodzież. Miejsce na skrzydle i koszulkę z numerem siedem przejął Mariusz Dzienis, świetny piłkarz. Doszedł z Jagiellonią aż do ekstraklasy.

Puchar Uśmiechu 1999

„Dla mego pokolenia to żywa legenda klubu. Jeszcze jako małolat, gdy chodziłem na mecze i kibicowałem Jagiellonii, Ryszard Ostrowski był moim ulubionym i najlepszym zawodnikiem. Zawsze grał na 100%, oddawał całe serce, więc nie przez przypadek nazywano go czasem „Ryśkiem Lwie Serce”. Miałem tę przyjemność grać i trenować z Rysiem przez jakiś czas i miało to miejsce w dość specyficznych okolicznościach. Dla mnie był to początek przygody z piłką, dla niego końcowy etap kariery. Graliśmy na tej samej pozycji i rywalizację z nim uważałem za z góry przegraną. No bo jak niby wygryźć ze składu Ostrowskiego? Przecież to niemożliwe! Z czasem jednak się udało, z czego byłem bardzo dumny i szczęśliwy. Ale on nigdy nie dał mi do zrozumienia, że ma mi to za złe. Bynajmniej, pomagał mi jak nikt inny. Prywatnie to człowiek  miły i spokojny. Tacy przecież są strażacy. Według mnie to najlepszy boczny pomocnik w historii klubu z Jurowieckiej.” – Mariusz Dzienis

Bywa Pan dziś na stadionie?

Oczywiście, o ile czas pozwala. W przeszłości często nadarzała się okazja aby mecz obejrzeć służbowo jako strażak.

Będzie mistrzostwo?

Bardzo bym sobie tego życzył, zawsze trzymam kciuki za Jagiellonię. Sam optymizm chyba jednak nie wystarczy, mistrzostwo muszą chcieć zdobyć przede wszystkim sami piłkarze a niestety nie wyglądają na tym polu zbyt przekonywająco.

Czy jest coś czego zazdrości Pan dzisiejszym piłkarzom?

Nie czuję zazdrości. Fajnie byłoby móc występować na nowoczesnych stadionach i poczuć całą tę otoczkę na własnej skórze. Zarabiać pieniądze, powiedzmy szczerze, nieporównywalne do tych, które dostawaliśmy kiedyś. Ale nie ma co patrzeć na życie w takich kategoriach, było to co było a jest to co jest.

Strażacy od zawsze cieszą się wśród społeczeństwa wielką sympatią. Podobnie, choć w innym znaczeniu, piłkarze. Które zajęcie przynosi więcej satysfakcji?

Chyba nie da się tego porównać, to dwie zupełnie inne rzeczy. Oba zajęcia łączy bardzo duży wysiłek fizyczny, wciąż trzeba dbać o formę. W obu przypadkach jest to też gra zespołowa. Ale różnic jest zdecydowanie więcej. Inna odpowiedzialność. Wachlarz naszych działań jest szeroki – praca w PSP nie polega tylko na gaszeniu pożarów,  jesteśmy od tego by pomagać ludziom i staramy się robić to najlepiej jak umiemy.

Dziękujemy za rozmowę i jeszcze raz składamy serdeczne życzenia w dniu pięćdziesiątych urodzin.


Jeżeli cenisz tego bloga i chciałbyś wesprzeć moje grafomańskie zapędy, kliknij w reklamkę i dorzuć kilka groszy (dosłownie) do biletu na mecz. Dzięki!

Zobacz także...

1 Comment Join the Conversation →


  1. macJek

    Przypomniała mi się sytuacja z jakiegoś meczu jak zawsze w tamtych latach stałem w młynie i po stracie piłki przez Pana Rysia jakiś małolat za mną krzyknął „k… co on odpie…?” a stojący obok dwumetrowiec kazał mu się zamknąć i dodał „to Ostrowski, zaraz odbierze”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *