Pociąg do ekstraklasy

W 2008 roku żółto-czerwoni wszelkimi siłami próbowali uratować ekstraklasę w Białymstoku. Gra podopiecznych trenera Artura Płatka, wbrew temu co wiosną mogły o niej mówić osiągane przez drużynę wyniki, wcale nie była najgorsza. Brakowało szczęścia, futbolowego cwaniactwa, ogrania w najwyższej lidze. Były słabsze momenty za które „ktoś powinien dostać kopa w dupę albo w ryja”, ale spokojne utrzymanie w szeregach ekstraklasy było wciąż na wyciągnięcie ręki – wystarczyło przestać gubić punkty w meczach z zespołami będącymi teoretycznie w zasięgu Jagiellonii. Tymczasem meczów do rozegrania pozostawało coraz mniej a dorobek punktowy za nic nie chciał się powiększyć. Kolejne porażki dołowały piłkarzy chyba jeszcze bardziej niż kibiców a nerwówka potęgowała ilość błędów popełnianych na boisku.

Niezbyt dobrze radził sobie ze stresem Jacek Banaszyński – siedmiokrotnie karany żółtym i trzykrotnie czerwonym kartonikiem. Prawie dokładnie dziesięć lat temu, 19 kwietnia 2008 r., podczas meczu z Zagłębiem Lubin już w dziesiątej minucie dał się wyrzucić z boiska za faul na Michale Chałbińskim. Pech dwóch zawodników – bo w konsekwencji czerwonej kartki bramkarza, na ławkę zejść musiał zaraz i zawodnik z pola, zrządzeniem losu stał się szczęściem innego gracza. Remigiusza Sobocińskiego, bo na niego trafiło, zastąpił rezerwowy golkiper Maciej Kudrycki.

– „Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jacek Banaszyński dostał czerwoną kartkę, trzeba było robić zmianę. Wszedłem na boisko nierozgrzany. Jednak z czasem ciśnienie puściło”zdradził po meczu trzydziestotrzyletni wówczas bramkarz, dla którego osiemdziesiąt minut spędzonych na boisku w Lubinie było debiutem na poziomie ekstraklasy. Debiutem pechowym, bo mimo dobrej gry i niejednej świetnej interwencji, kilkukrotnie kapitulował po strzałach nie do obrony. – „W takim spotkaniu bramkarz zostaje albo bohaterem, albo schodzi z murawy z workiem goli. Puściłem pięć bramek i to na pewno nie jest nic przyjemnego. Jednak meczu w Lubinie nie będę aż tak źle wspominał. Przy golach nie miałem szans, obroniłem kilka groźnych strzałów. No i przede wszystkim wreszcie doczekałem się debiutu w ekstraklasie.”

Nie wiem czy istnieje jakiś przelicznik z lat piłkarskich na ludzkie, ale czas spędzany na stadionach, tak jak w przypadku kosmicznych podróży, upływa inaczej. Zaledwie kilkanaście wiosen dzielących mistrzostwa świata w Meksyku w 1986 r. od tych rozegranych w 2002 r. w Korei i Japonii, czyli szesnaście lat absencji reprezentacji Polski w zawodach globalnego czempionatu, było prawdziwą epoką. Tarasiewicz, Furtok czy Młynarczyk, w porównaniu do Świerczewskiego, Żurawskiego i Dudka, nie byli może jeszcze muzealnymi eksponatami jak ich stroje Adidasa z lat osiemdziesiątych, ale idealnie pasowali już do roli „starszych panów ekspertów” zasiadających w telewizyjnym studiu. Szesnaście lat to też szmat czasu, jaki na ekstraklasę musiał czekać nasz dzisiejszy bohater.
Wychowanek Jagiellonii, jak sam wspomina, wybrał grę ba bramce bo gdy na pierwsze zajęcia do trenera Karalusa przyprowadził go Tomek Frankowski, chłopaki mieli już za sobą dwa lata gry w klubie i po prostu nie miałby szans nadrobić takich zaległości. Po raz pierwszy pojawił się na boisku podczas międzynarodowego turnieju, gdy juniorzy Jagiellonii mierzyli się z rówieśnikami z litewskiego Alytusu. Golkiper Jagi Grzegorz Szachowicz został bezpardonowo sfaulowany przez młodego Litwina i musiał opuścić plac gry. Miejsce kontuzjowanego kolegi zajął właśnie Kudrycki i od tamtej pory na dobre zadomowił się w bramce. Sprawcą zamieszania okazał się późniejszy Jagiellończyk i pisaliśmy o nim w tym artykule. Bycie bramkarzem w jednej drużynie z Markiem Citko, Tomkiem Frankowskim, Danielem Boguszem, Bartkiem Piekarskim, Jackiem Chańko czy Mariuszem Piekarskim z jednej strony musiało być zajęciem wymarzonym – bo przeciwnicy rzadko kiedy w ogóle dochodzili sytuacji bramkowych, ale z drugiej przekleństwem – bo jak tu wtedy pokazać pełnię swych umiejętności? Kudrycki miał jednak realny wpływ na zdobycie przez Jagiellonię mistrzostwa Polski juniorów w 1992 roku, czego dowodem niech będzie nagroda ufundowana dla najlepszego zawodnika finałów. Było nią nie byle co, bo dwukasetowy radiomagnetofon. W wieku lat osiemnastu trafił do reprezentacji młodzieżowej grając w niej m.in. z klubowym kolegą – Tomaszem Frankowskim. W 1993 roku zdobył kolejny medal mistrzostw Polski juniorów – tym razem brązowy. Jako junior zapowiadał się świetnie, nic więc dziwnego, że wróżono mu bogatą karierę.
I tak ruszył w drogę życia, której końcową stacją była ekstraklasa. Nie szybkim jumbo-jetem, nie wygodnym samochodem, ale pociągiem. Tym słynnym, wiecznie spóźnionym „Włóczęgą północy” wlokącym się przez wschodnie i północne rubieże Rzeczypospolitej aż do Szczecina. Z wiecznie zepsutym bo nie dającym się wyłączyć latem ogrzewaniem albo niedomykającym się zimą oknem. Do tego w przepełnionym wagonie pełnym pijanych rezerwistów i zatkanym kibelkiem. Niejeden szybko by podziękował i wysiadł już w Olsztynie, ale Kudrycki nie miał zamiaru się poddawać i w końcu dotarł do celu.

PKP Białystok.
W rezerwach Jagiellonii, co dziś jest wręcz nie do pomyślenia, debiutował już w wieku czternastu lat przegranym meczem z Mazurem Ełk. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy był najmłodszym debiutantem w dorosłych drużynach Jagiellonii, ale wszystko na to wskazuje. W pierwszej drużynie długo nie mógł wygrać rywalizacji z Andrzejem Hellerem czy Mirosławem Dymkiem, co skutkowało odstawieniem na bocznicę i wypożyczeniem do Wasilkowa i Włókniarza Białystok. Po powrocie do Jagiellonii, w latach 1995 – 97 był już jej pierwszym bramkarzem, ale zbiegło się to z kolejną degradacją, tym razem do III ligi.
Jagiellonia Białystok w sezonie 1994/95Maciej Kudrycki, Dariusz Czykier, Jacek Markiewicz, Adam Struczewski

POLREGIO.
Pogarszająca się kondycja finansowa klubu z Białegostoku skłoniła niejednego piłkarza do szukania nowego pracodawcy. Kudrycki trafił do ŁKS-u, lokalnego rywala Jagiellonii. Przez pół roku trzymał tam formę na poziomie wysokim na tyle, żeby szybko zamienić łomżyński szynobus na przedział pierwszej klasy w wagonie Intercity jadącego do stolicy Warmii i Mazur. W dodatku w dobrze mu znanym, doborowym towarzystwie.

Olsztyn Główny.
W występującym w ekstraklasie Stomilu dołączył do kolegów z drużyny Karalusa – Jacka Chańko i Bartka Jurkowskiego i przez pół roku terminował wraz ze Zbigniewem Małkowskim pod skrzydłami doświadczonych bramkarzy Jarosława Bako i Sylwestra Wyłupskiego. Trener Broniszewski chwalił Kudryckiego, ale szansy na debiut w ekstraklasie nie dał.

Chicago O’Hare
. Międzylądowanie w USA rozpoczął jako zawodnik amatorskiego klubu polonijnego Chicago Eagles. Później dzięki znajomościom mieszkającego w Stanach innego wychowanka Jagiellonii – Artura Wywrota, zasilił „polską kolonię” w profesjonalnej lidze MLS – Chicago Fire. Przez kilka miesięcy trenował z Jerzym Podbrożnym, Piotrem Nowakiem, Romanem Koseckim oraz słynnym bramkarzem/napastnikiem Jorge Camposem. Jak sam wspomina, gdyby jego sprawami zajął się jakiś ogarnięty manager, amerykański sen mógł się spełnić. Do podpisania kontraktu nie doszło jednak z kilku powodów – oficjalnie Kudrycki wciąż był zawodnikiem Jagiellonii, nie miał zielonej karty ani pozwolenia na pracę, a limit obcokrajowców w zespole „Strażaków” był już wyczerpany.
kudrycki3Jorge Campos, Roman Kosecki, Maciek Kudrycki, Lubos Kubik i Jerzy Podbrożny

Gdańsk Główny.
Wiosna 1999 roku spędzona na wybrzeżu pozwoliła Kudryckiemu złapać wiatr w żagle. Drużyna Lechii/Polonii Gdańsk grała w kratkę zazwyczaj wygrywając u siebie i przegrywając na wyjazdach, ale była solidnym drugoligowcem. Wychowanek Jagiellonii z meczu na mecz bronił coraz lepiej, zbierał niezłe recenzje i zyskiwał pełne zaufanie trenera Witolda Kulika. Co warto odnotować, w żadnym z rozegranych w Gdańsku meczach, Maciej Kudrycki nie puścił ani jednego gola. Temat wykupienia karty zawodnika z Jagiellonii istniał, ale prowadzonych między klubami rozmów nie ułatwiała trudna po obu stronach sytuacja finansowa. Dialog przerwała ostatecznie kontuzja zawodnika i  przez sześć miesięcy Kudrycki pauzował. Pieniądze znalazły się po jakimś czasie, ale kolejny pociąg zdążył już odjechać…

Närpiö MH Bussiasema.
Maciek, przyjeżdżaj do Gdańska. Mamy pieniądze na wykupienie Cię z Jagiellonii” usłyszał pewnego dnia w słuchawce. Dzwonił Jerzy Borowczak, prezes Lechii-Polonii, pół roku po wyjeździe Kudryckiego z Gdańśka i dwa dni po podpisaniu kontraktu z Närpes Kraft FF z Finladnii. – „To był drugi poziom rozgrywek, wioska. Miałem najwyższy kontrakt w klubie, grałem w drużynie z Anglikiem i reprezentantem Estonii. Specyficzny kraj i ludzie. Z perspektywy czasu nie wiem czy dobrze zrobiłem, ale przecież go nie cofnę.” – opowiadał po latach. Po rozegraniu dwunastu meczów wrócił w rodzinne strony.

Białystok PKP.
W międzyczasie Jagiellonia złapała drugi oddech i dzięki pieniądzom Wersalu Podlaskiego zaczęła odbudowywać drużynę, po czym wróciła do III ligi i włączyła się do walki o jeszcze wyższy poziom. Kudrycki znalazł w niej miejsce, ale znów jako dubler Mirosława Dymka. Zagrał z rezerwami Legii jesienią i pamiętnym meczu z Hutnikiem – już po wywalczeniu awansu do II ligi. Kontraktu z trenerem Gaszyńskim nie przedłużono zatrudniając w jego miejsce Wojciecha Łazarka, który po przeprowadzeniu niemałej rewolucji kadrowej postanowił podziękować większości dotychczasowych zawodników. I gdy już wydawało się, że dobrze sprawujący się podczas zgrupowania Kudrycki zostanie w Jadze, też został wymieniony na Audriusa Dilysa z Żalgirisu Wilno.

Przewozy regionalne.
Zaczęła się gra w różnych Biłgorajach, Lubartowach, Suwałkach czy Supraślach, gdzie nie zwykł zagrzewać miejsca dłużej niż tylko na pół roku. Później zaliczył epizod w Okęciu Warszawa, kolejne podejście do Jagiellonii – gdzie grywał w rezerwach i szkolił młodzież, eskapadę do trzeciej ligi szwedzkiej i znów pobyt w Supraślance. Wiosną 2007 odzyskał optymalną formę i znalazł zatrudnienie w Łomżyńskim KS, gdzie na drugim, licząc od góry, szczeblu ligowej drabiny grał na zmianę z Kamilem Ulmanem.

Side
. Dzięki niezłym występom w Łks-ie, przypomniał o sobie szkoleniowcowi Jagiellonii. Artur Płatek postanowił zabrać Kudryckiego na zgrupowanie w Turcji w zamian za Andrzeja Olszewskiego, który dwa tygodnie wcześniej zdecydował się odejść do Śląska Wrocław. Nowy-stary bramkarz, co podkreślali koledzy z boiska, z miejsca stał się ważnym elementem drużyny i pozytywnie wpływał na morale, rozładowywał napięcie w szatni. Oprócz zadań czysto piłkarskich, pełnił też rolę „oficera prasowego” dokumentując przygotowania piłkarzy do rundy rewanżowej i zamieszczając swe relacje w internecie, dzięki czemu kibice byli „na bieżąco”. Wystąpił w sparingach z Kryvbasem i Megasportem i do Białegostoku wracał już z kontraktem jako nominalnie drugi (za Banaszyńskim i przed Sandomierskim) bramkarz. Potem był wspomniany mecz z Zagłębiem i…  „Proszę wysiadać – pociąg kończy bieg”.
Kudrycki pomimo tego, że przez kolejny rok wciąż był rezerwowym w Jagiellonii, nigdy już nie wybiegł na boisko w meczu na poziomie ekstraklasy.
kudrycki

– „Znowu drugi. Zawsze byłem drugi. Nawet jak gdzieś byłem pierwszy, to czułem się jak drugi” opisywał swój żywot znany ze srebrnego ekranu Adaś Miauczyński. Bohater kreowany przez Cezarego Pazurę zmagał się z jego przeciwnościami i niesprawiedliwością dziejów nie rezygnując ze snu o wielkiej miłości, wciąż będąc wierny tym samym, młodzieńczym ideałom. Nie porzucił ich pomimo niezliczonej ilości upadków i bólu wywoływanego przez sukcesy otaczających go cwaniaków idących przez życie na skróty. Mam wrażenie, że podobnie wyglądała kariera Macieja Kudryckiego. W marzeniu o ekstraklasie nie przeszkadzała mu rola rezerwowego, kolejne wypożyczenia, zagraniczne (i trzeba przyznać, że też i egzotyczne) wojaże czy wreszcie nie najlepszy okres Jagiellonii i jej ligowej degrengolady. A gdy wreszcie doczekał się jego spełnienia to bagaż pięciu wpuszczonych bramek, nawet takich bez winy, nie sprzyjał wznoszeniu toastu.  Napisałem nawet kiedyś, że „leżącego się nie kopie” bo do bramki na poziomie ekstraklasy już nie wrócił, ale Kudrycki przecież nigdy nie upadł. Spełnił marzenie. A to, ile czasu musiało najpierw upłynąć nie ma żadnego znaczenia.


podoba Ci się ten blog? kliknij w reklamkę i dorzuć parę groszy (dosłownie) do biletu na mecz 😉

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *