Dwunasty zawodnik

Kiedy Juri Gagarin odbywał swój pierwszy lot w kosmos, nasz bohater miał 21 lat. Jak miliony innych ludzi na całym świecie, śledził z ziemi dokonania astronautów podbijających przestworza z zapartym tchem, z wypiekami na twarzy przeżywał m.in. lądowanie Neila Armstronga na Księżycu. Astronautyka i podbój kosmosu pochłaniały go bez reszty. Nic więc dziwnego, że jego największym marzeniem było, by zostać jednym z nich – kosmonautów, by choć raz móc spojrzeć na błękitną Ziemię z orbity. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie ma absolutnie żadnych szans by zostać członkiem grupy astronautów Nasa, nie mówiąc o jej radzieckiej odpowiedniczce. Zdrowy rozsądek przesądził o tym by pójść inną drogą. Zamiast zakładać do pracy kosmiczny skafander wybrał garnitur i krawat. Został biznesmenem. Osiągnął sukces. Doszedł do tego, że za zarobione pieniądze mógł już kupić niemal wszystko. I kupił to o czym marzył najbardziej – miejsce w rosyjskim statku kosmicznym, którym doleciał do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Miał wtedy sześćdziesiąt jeden lat. Dopiął swego. Został kosmonautą. Może nie w tradycyjny sposób, ale i tak zapisał się na kartach historii jako pierwszy kosmiczny turysta. Nazywa się Dennis Tito. Reasumując – MOŻNA!

Ok, wróćmy na własne podwórko. Każdy z nas marzył choć raz o tym by założyć żółto-czerwoną koszulkę z Jotką na piersi. O tym by móc spojrzeć na pełne trybuny ze środka boiska. O tym by stanąć między idolami i wespół z nimi tworzyć drużynę, której od zawsze kibicowaliśmy. Pierwsze korko-trampki Stilonu, żółta koszulka z narysowanym flamastrem numerem na plecach, przyszyta na piersi Jotka kupiona na bazarku (kto wtedy myślał o oryginalnych koszulkach?) i te mecze „o wszystko” rozgrywane na osiedlowym boisku między trzepakami. W końcu pierwsze treningi we Włókniarzu, Hetmanie czy Piaście (nie mówiąc o szczęściarzach z MOSP-u). Wszystko to miało prowadzić do spełnienia marzenia o zostaniu piłkarzem. Piłkarzem Jagiellonii.

Różnie się to potoczyło. Niektórzy z nas do dziś kopią piłkę w regionalnych ligach, inni zdzierają podeszwy w rozgrywkach halowych. Zdecydowana jednak większość korko-trampki zawesiła na kołku z powodu kontuzji brzucha czy uwielbieniu do klusek mamy. Kolegom z mojej drużyny, z piłkarskiego stroju ostały się jedynie, jakże chętnie zakładane, dresowe spodnie a osiedlowe boisko – owszem, chętnie się odwiedza – tyle, że po to by zamiast kilku bramek strzelić kilka piwek. I właśnie wtedy nachodzi nostalgia…

Nadarzają się dwie okazje. Dziewięćdziesiąta rocznica powstania Jagiellonii i budowa (oddanie) nowego Stadionu Miejskiego. Idealnym pomysłem na uczczenie obydwu uroczystości wydaje się być rozegranie meczu towarzyskiego z renomowanymi przeciwnikami. Mają to być wielkie piłkarskie święta w Białymstoku których wyniki – mówiąc szczerze – nie będą najważniejsze. Dlaczego by więc nie spełnić czyjegoś marzenia o zostaniu, choć na chwilę, piłkarzem Jagiellonii? Wejść w takim meczu na ostatnie dziesięć czy nawet pięć minut na boisko – bezcenne (tego nie wymyślili nawet spece od reklam Mastercard). Dział marketingu miałby pole do popisu, bo kto byłby tym szczęśliwcem? Najszczodrzejszy sponsor? Kibic z najlepszą frekwencją na meczach wyjazdowych na przestrzeni ostatnich lat? Z pewnością można byłoby wymyślić jakąś ciekawą akcję.

Byłoby to wydarzenie bezprecedensowe w Polsce, idealne z PR-owskiego punktu widzenia. Spełniłoby się też czyjeś marzenie…

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *