Uwaga, wracamy!

Jednym z pomysłów na uatrakcyjnienia zawodów piłkarskich w Polsce była zaproponowana przez Zbigniewa Bońka  idea rozegrania kilku dodatkowych meczów – najpierw przez zespoły z pierwszej, a po roku także z drugiej ligi.W przeciwieństwie do podupadającego i tracącego z sezonu na sezon prestiż Pucharu Polski, zwycięzca nowego turnieju nie gwarantował sobie miejsca w zmaganiach europejskich (choć był pomysł z mandatem do P.Intertoto), ale na wzór Ligi Mistrzów nagradzał zwycięzców sutymi premiami fundowanymi w głównej mierze przez Canal+. Z zachowaniem skali i proporcji, oczywiście.

Puchar Ligi Polskiej, w tym szerszym formacie, po raz pierwszy przeprowadzono w sezonie 2001/2002. Jagiellonia, jako beniaminek na zapleczu ekstraklasy miała więc okazję wziąć w nim udział od rundy wstępnej. Los skojarzył białostoczan z gdyńską Arką, co wśród obu ekip i ich kibiców przyjęto z niemałym aplauzem, jeszcze bardziej podnosząc temperaturę i tak upalnego lata. Uwaga, wracamy! Po okresie trzecio i czwartoligowej kwarantanny Białystok na nowo szukał swego miejsca na futbolowej mapie Polski a oczekiwania rozkochanych w futbolu mieszkańców, co zrozumiałe, były ogromne. Zainteresowanie drużyną Wojciecha Łazarka  nie przypominało może szaleństwa z końca lat osiemdziesiątych, ale było też zgoła większe niż jeszcze rok czy dwa wstecz. Smaczku dodawał fakt, że bezpośrednią transmisję z meczów przeprowadzić miał Canal+, pierwszą relację na żywo od meczu z Legią w finale Pucharu Polski w 1989 r. i pierwszą w historii ze stolicy Podlasia. Środek sezonu ogórkowego sprzyjał medialnemu zainteresowaniu, kamery gościły w Białegostoku już na kilka dni przed meczem zdając relacje z przygotowań Jagiellonii. Ówczesny awans z III ligi był dla Jagi skokiem wręcz cywilizacyjnym i pokazały to dobitnie choćby i te telewizyjne reportaże. Dotąd odsłaniały kulisy stadionów w Warszawie, Łodzi czy Krakowie i ciekawe jak na tle tych wielkich ośrodków wspomina pierwszą wizytę w Białymstoku legendarna dziś reporterka Canal+ Magdalena Skorupka. Pewnym jest, że prezes Mojsiuszko miał pełne ręce roboty w sprzątaniu, zamiataniu klubowych włości i „malowaniu” trawy na zielono. Pracy z komisjami PZPN i Canal+ czy chodzenia po prośbą o pieniądze do lokalnych notabli było tyle, że nie pojechał z drużyną na mecz do Gdyni. Przy okazji wyszło, że II liga to czasami jednak zbyt wysokie progi, że nie zawsze warto rzucać się z motyką na słońce…

Ale ten rozegrany w środku upalnego lata dwumecz jest jednym z najfajniejszych wspomnień piłkarskich przemijającego już wtedy z wolna dzieciństwa. Za każdym razem  gdy Jagiellonia spotyka się dziś z gdyńskim zespołem przed oczyma stają mi samochody z tabliczką KASA zaparkowane wzdłuż ul. Wiosennej, korki na wąskiej przecież jeszcze ul. Ciołkowskiego, żółto-czerwone szaliki powiewające z okien ubitych jak beczki (nomen omen) ze śledziami autobusów linii 22  i 7, trybuny stadionu Hetmana prezentujące się w niewidziany przeze mnie wcześniej sposób  i namiastkę atmosfery Wielkiej Jagi o której dotąd słuchałem jedynie z opowieści starszych kibiców. „Bójcie się chamy, do II ligi wracamy!” intonowano na każdym kroku.

Na przekór telewizyjnym transmisjom i całej medialnej otoczce, Puchar Ligi nie cieszył się zbyt wielką popularnością a klubom, pomimo pokaźnych premii nie opłacało się wystawiać w nim najsilniejszych składów i po trzech latach go skasowano. Ale dla futbolowych kopciuszków, jak nazwać można ówczesne drużyny Jagiellonii i Arki, był to bardzo prestiżowy start sezonu. Awansując można było podreperować dziurawy budżet, ale równie ważne było świadectwo sportowych aspiracji.

Pierwszy mecz rozegrano w Gdyni. Kto nie pojechał nad morze, śledził poczynania Jagi na miejscu. Pokazany w niekodowanym paśmie (zgodnie ze starą-dobrą tradycją starego-dobrego C+) wstęp do meczu tak bardzo różnił się od bezpłciowych materiałów z TV Białystok do których byliśmy przyzwyczajeni, że wydawało się, iż żółto-czerwoni zagrają zaraz mecz o mistrzostwo Polski. Wywiady (nawet z wnuczką trenera Łazarka), ciekawostki, anegdoty i wspomnienia – coś niewyobrażalnego dla dyrektorów naszej lokalnej stacji, której szczytem możliwości była plansza z wynikami meczów i dwuminutowe przeczytanie rezultatów przez Andrzeja Godlewskiego po wieczornym wydaniu Obiektywu. Oglądając te przedmeczowe zajawki za każdym razem szczerze marzyłem o tym aby technik siedzący za wielkim pulpitem w reżyserce stacji zapomniał wcisnąć znajdujący się w centralnej jej części ogromny, czerwony guzik rozpoczynający kodowanie sygnału. Niestety obraz znikał w chwilę po pierwszym gwizdku i tak też stało się tym razem. Uwadze telewidzów nie umknął jednak fakt, że żółto-czerwoni wyszli na mecz w nietypowych, …granatowych strojach. Nowe koszulki z obowiązkowym logotypem C+ nie dotarły na Jurowiecką na czas, białostoczanie zagrali w rezerwowym komplecie gdynian (swoją drogą zawodnicy Arki sami musieli pożyczać skarpety od lokalnego rywala, Bałtyku – tak była zorganizowana polska liga). Telewizję zamieniłem na radio – po kilkuletniej separacji odżywała miłość między Jagiellonią a Polskim Radiem Białystok, które meczem z Arką rozpoczęło relacjonowanie meczów żółto-czerwonych w formie wejść reporterskich na żywo, z czasem zmienionych w pełne transmisje.

Mariusz Dzienis. Arka - Jagiellonia 1:1 (Puchar Ligi, 2001)

Spotkanie zakończone szczęśliwym remisem obnażyło wiele problemów trapiących budowany naprędce zespół Jagiellonii. Żółto-czerwoni bardzo słabo radzili sobie w formacji obronnej, sprawiali wrażenie stremowanych. Pierwsza połowa mogła zakończyć się wysokim prowadzeniem gospodarzy, ale zespół niejednokrotnie ratował z opresji Mirosław Dymek, raz nawet po zagrożeniu ze strony …własnego obrońcy Krzysztofa Maciejczuka. W drugiej odsłonie było już lepiej. Przed kamerami trener wyglądał na opanowanego i z ojcowską wręcz cierpliwością zaprawiającego swych piłkarzy w bój, ale szatnia w przerwie meczu ponoć o mało nie rozeszła się w fugach. Reprymenda najwyraźniej była stosowna, bo w drugiej połowie coraz śmielsze ataki przeprowadzali Dzienis, Jakóbczak i Szugzda. Kilka niekonwencjonalnych podań zaprezentował kreowany na lidera środka pola Dąbrowski, ale po niefortunnym zderzeniu z Przemysławem Kuligiem  musiał opuścić plac gry z rozciętą głową.  Piłka nożna w wykonaniu Jagiellonii wyglądała lepiej z minuty na minutę, po strzale „Bociana” gdynianie wybijali nawet piłkę z pustej bramki. Bramkarz Zagórski skapitulował w 82 minucie po akcji Jakóbczaka i celnym strzale „Bociana”. Mecz mógł nawet zakończyć się zwycięstwem gości, ale sędziujący spotkanie Marcin Pracz ze Szczecina nie dopatrzył się ewidentnego faulu na Jakóbczaku mającego miejsce w polu karnym w ostatniej minucie i nie podyktował jedenastki.

Pomimo dwóch, zupełnie odmiennych twarzy, jakie pokazała w tym meczu Jagiellonia, zadowolony z wyniku i gry zespołu był prezes Mojsiuszko – z opisanych wcześniej powodów oglądający mecz razem z kibicami w jednym z białostockich pubów. Podobnego zdania był szkoleniowiec białostoczan, choć po wypowiedzi „Baryły” do głowy nasunąć się mogły podejrzenia, czy utytułowany szkoleniowiec aby na pewno zdążył już poznać swych podopiecznych i wie „kto jest kto”:

– Jestem zadowolony z wyniku, choć nie zagraliśmy najlepiej – szczególnie w I połowie. Być może obecność telewizji i atmosfera stworzona przez kibiców Arki sparaliżowała piłkarzy. Lepiej wytrzymaliśmy kondycyjnie ten mecz, a Arka w II połowie „umierała”. Uważam, że mamy szansę awansu do następnej rundy. Było kilka momentów w naszej grze, które były dobre. Niestety, bardzo duże mankamenty są w naszej grze obronnej. To kwestia czasu kiedy stworzymy trzon drużyny, w którym wszyscy będą się nawzajem rozumieć. W Gdyni postawiłem na młodych piłkarzy, wychowanków Jagiellonii. Grało sporo zawodników, którzy występowali głównie w II drużynie.

W pierwszej jedenastce znalazło się przecież aż sześć nowych twarzy…

Wojciech Łazarek, Jagiellonia Białystok 2001/02

Arka Gdynia – Jagiellonia 1:1 (1:0)

bramki: Rybkiewicz (36 minuta) – Z.Szugzda (82)
żółta kartka: Stencel (Arka), widzów: 4000
Jagiellonia: Dymek – Kulig, Sorokinas, Maciejczuk, Tupalski (46. Zalewski) – Dzienis, Dąbrowski (80. Marcinkiewicz), Z.Szugzda – Saulenas (75. Waluk), Jakóbczak, Denisenia
Arka: Zagórski – Merchut, Witt, Stencel, Kowalski, Radoń, Lewna (57. Ulanowski), Murawski, Hartman, Rybkiewicz (57. Godlewski), Kubus (57. Laskowski)

Spotkanie rewanżowe, rozegrane cztery dni później, było w Białymstoku prawdziwym świętem. Nawet najstarsi górale nie mogli w zgodzie ustalić kiedy ostatnio na meczu Jagiellonii obecna była równie liczna grupa kibiców. Oficjalnie sprzedano osiem tysięcy wejściówek, ale ile rozeszło się kanałami nieoficjalnymi do końca nie wiadomo. Był to spektakl na jaki białostocka widownia czekała od dawna, namiastka atmosfery trybun z czasów, gdy rodziła się Wielka Jaga. Po cichu liczono, że oto byliśmy świadkami pierwszego kroku na drodze do jej odrodzenia. I choć nie padł ani jeden gol a piłkarze nie postarali się stworzyć nawet średniej klasy widowiska, nie było to ważne. Liczyła się najprostsza radość z piłki, z awansu do kolejnej rundy, z samego uczestniczenia w rozgrywkach o których kilkanaście miesięcy wcześniej w Białymstoku jedynie marzono. Atmosfera udzieliła się na tyle, że brawami nagradzano co ładniejsze akcje gdynian a przyjezdnych kibiców (przynajmniej na stadionie) ugoszczono w cywilizowany sposób.

A.Denisenia i W.Łazarek. Jagiellonia Białystok 2001/02-„Wchodzisz, kiwasz, strzelasz. Poniał?”

Inicjatywa na początku meczu ponownie leżała po stronie piłkarzy Arki. Jagiellończycy cofnięci, znów jakby przestraszeni czekali na przeprowadzenie szybkiego kontrataku. W dogodnej sytuacji znaleźli się dopiero w czterdziestej drugiej minucie spotkania, gdy po kiksie obrońców i przytomnym odbiorze piłki przez Jakuba Bilke, w sytuacji sam na sam znalazł się kapitan żółto-czerwonych i strzelec gola z pierwszego meczu – Zbigniew Szugzda. Doświadczony zawodnik miał w zwyczaju podchodzić do uprawianego sportu w niekonwencjonalny sposób – umiał zdobywać bramki w beznadziejnych, spisanych przez kibiców na straty sytuacjach, ale gdy dochodził do tych stuprocentowych, gdzie wystarczyło już tylko postawić kropkę nad i, to bardzo prawdopodobnym było, że spudłuje, poda gorzej ustawionemu koledze, potknie się o te swoje długaśne nogi, albo postanowi zwlekać z oddaniem strzału na tyle długo, by bramkarz czy obrońca drużyny przeciwnej zdążył podciągnąć getry, zawiązać sznurowadło, napić sie czegoś ze stojącego za linią bramkową bidonu i w końcu wybić piłkę. Ostatnie trzy kwadranse przyniosły jagiellończykom nieco więcej z gry, ale ataki sprawiały wrażenie niemrawych, przypadkowych i nie do końca przemyślanych. Dopiero w końcówce, gdy obie drużyny postawiły wszystko na jedną kartę, mecz zrobił się nieco żywszy, ale wynik nie uległ już zmianie.

Jagiellonia – Arka Gdynia 0:0

żółte kartki: Tupalski (Jagiellonia) – Murawski (Arka); widzów: 8000
Jagiellonia: Dilys – Kulig, Maciejczuk, Tupalski – Dzienis (87. Wołczyk), Sorokinas (46. Zalewski), Dąbrowski, Bilke, Z.Szugzda – Denisenia (74. Waluk), Jakóbczak
Arka: Wosicki – Radoń (7. Rybkiewicz), Witt, Kowalski, Fornalak, Hartman (66. Laskowski), Ulanowski, Stencel, Merchut, Kalkowski, Kobus (74. Murawski)

 W kolejnej rundzie przyszło zmierzyć się z poznańskim Lechem i jasnym było, że czas się już z Pucharem Ligi żegnać. Kolejorz terminował co prawda w II lidze, ale jako najmocniejszy jej zespół odliczał tylko dni do końca rozgrywek i powrotu do ekstraklasy.

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *