Puchar jest od tego, żeby wygrywać z Pogonią

Ulica Sezamkowa już dawno wypadła z telewizyjnej ramówki, ale gdyby futrzaki wciąż bawiły dzieci z ekranu, sponsorem ostatniego odcinka byłyby głoski P i SZ. Czeka nas bowiem tydzień pod znakiem Pogoni Szczecin. Jutro planujemy wyrzucić Portowców za burtę Pucharu Polski, a w niedzielę pozbawić punktów w ekstraklasie. Nie pierwszy już raz terminaż układa się w podobny sposób – takich „dwumeczów”, gdy mierzyliśmy się z Pogonią w ramach ligi i pucharu na przestrzeni kilkunastu dni, mamy już za sobą parę.

Ubiegły sezon. W to piekielnie gorące, środowe popołudnie, 12 sierpnia 2015 roku, żółto-czerwoni zrobili to co do nich należało i wybili kibicom Pogoni Szczecin marzenia o triumfie w Pucharze Polski. Nie wiem – upadająca z roku na rok ranga zawodów czy tropikalne warunki panujące na stadionie przy ulicy (nomen-omen) Słonecznej, nie pomogły w stworzeniu jakiegoś wybitnego widowiska, o którym jagiellońska brać mogłaby rozpamiętywać latami. Dodatkowo ligowa konfrontacja okazała się bardziej szczęśliwa dla gryfiarzy. Szybko cofniemy się więc w czasie o kolejnych kilka lat. Większość kibiców na słowa „Pogoń” i „Puchar” przywoła pamiętny bydgoski finał, ale ja włożę dziś rękę w paszczę pamięci troszkę głębiej.

Sezon 2003/2004. Jeden z moich ulubionych. Ktoś wreszcie otworzył okna i przewietrzył nie tylko halę przy ul. Jurowieckiej ale także klubowe gabinety. Szło nowe – Jagiellonia zaczęła stawać się marką – jeszcze niemrawie, ale już profesjonalnie uskuteczniając ruchy marketingowe. Na rozbudowanym o dwie kolejne trybuny, a i tak (zwłaszcza jesienią) zapełnianym w komplecie na każdym weekendowym meczu stadionie prym wiedli Baba Jaga Boys, oprawiając spotkania w sposób w Białymstoku wcześniej nieznany. W sklepach wreszcie dostępne były repliki koszulek meczowych (popularnej swego czasu wśród rodzimych ligowców firmy TICO) a w kioskach nowy magazyn „Jagiellonia” – o ile oczywiście przypisało szczęście, bo egzemplarze rozchodziły się jak świeże bułeczki. Jeszcze lepiej sprawy wyglądały od strony sportowej. Co prawda o meczach Jagiellonii w ekstraklasie (ostatni rozegrany już ponad dekadę temu) można było powspominać tylko z dziadkiem Eustachym, bujającym (się) w fotelu przy kominku, ale z drugiej strony, drużyna żółto-czerwonych niczym nie przypominała już futbolowej zbieraniny Wojciecha Łazarka sprzed dwóch, ani tymbardziej czwartoligowych amatorów sprzed czterech sezonów. Jesienią 2003 roku, trenerowi Witoldowi Mroziewskiemu (swoją drogą to chyba też najlepszy sezon w jego karierze) udało się stworzyć Jagiellonię grającą efektownie i skutecznie. Trzon kadry stanowili powracający po latach do Jagiellonii wychowankowie, jak Jacek Chańko czy Marcin Danielewicz, wsparci kolejną generacją białostockich „walczaków” – Krzysztofem Zalewskim, Robertem Spejchlerem, Wojtkiem Kobeszko. W klubie pozostały też najsilniejsze ogniwa pozostałe po rewolucjach trenera Łazarka – Łatka, Żuberek, Kulig. Do Jagi wrócił także blondwłosy grajewianin ełczanin Paweł Sobolewski.
Moda na Jagiellonię wróciła do miasta a i w Polsce przestaliśmy być postrzegani jako ciołki ze wsi, na co głównie przełożyła się dobra gra drużyny, ochrzczonej na nowo przez prasę sportową Żubrami.Po ośmiu seriach spotkań Jagiellończycy zasiedli na fotelu lidera, wyprzedzając aspirujące do awansu Zagłębie Lubin i właśnie Pogoń Szczecin.

Pogoń, która w tamtych latach w ogóle nie pasowała do rozgrywek II ligi. Wystarczy popatrzeć na skład – Bogusław Wyparło, Olgierd Moskalewicz, Radosław Biliński, Maciej Kaczorowski, Grzegorz Matlak, Mariusz Masternak, Przemysław Kaźmierczak, Paweł Drumlak, Łukasz Trałka, Adrian Napierała, Krzysztof Pilarz, do tego Julcimar i Sergio Batata. Można by tak jeszcze wymieniać. W jednej pace reprezentanci Polski, rutyniarze i gwiazdy ekstraklasy, medaliści młodzieżowych mistrzostw Europy. Przed startem rozgrywek Pogoń nie była stawiana w roli faworyta – liga była przez Pogoń skazana na pożarcie. Zwłaszcza, że dzięki koneksjom trenera Stanisława Baniaka, portowcy mogli liczyć na, delikatnie mówiąc, przychylne oko sędziów.

Nie pamiętam czy lato roku 2003 było równie gorące co obecne (czy może lepiej zeszłoroczne). Nie da się jednak zapomnieć temperatury towarzyszącej „dwumeczowi” jaki żółto-czerwoni rozegrali z portowcami we wrześniu. Goliat ligi kontra rewelacyjny beniaminek Polski C. Obydwa spotkania rozegrano w Białymstoku – najpierw mecz 1/8 finału Pucharu Polski a jedenaście dni później spotkanie 10 serii spotkań II ligi.

Na wcześniejszych etapach białostocczanie odprawili Ceramikę Opoczno (1:0; Kobeszko) oraz Zagłębie Lubin (2:1; Dzienis, Kobeszko). Do meczu trzeciej rundy przystąpili z marszu i bez respektu do rywala. Jagiellończycy nie odpuszczali portowcom na krok, nie było mowy o „odstawianiu nogi”. Nie dali sobie strzelić głupiego gola – zwłaszcza dzięki dobrej grze Marcina Kośmickiego i kapitana Krzysztofa Zalewskiego. Doprowadzili do dogrywki i dzięki „srebrnej bramce” Łukasza Tyczkowskiego pokonali Pogoń Szczecin, eliminując ją z gry o Puchar Polski. Wypełnione po brzegi trybuny stadionu przy ulicy Jurowieckiej, niezdobytej od prawie dwóch lat twierdzy, oszalały z radości. Szok i niedowierzanie – od chłopców do podawania piłek po sprawozdawców piłkarskiej prasy. Najdłużej dochodzić do siebie musiał trener portowców, Bogusław Baniak. Bardzo trudna do przełknięcia gorycz porażki ujawniła w szkoleniowcu dodatkowy talent do sięgania po najcięższe oręże. Do następnego meczu bowiem, miał już przygotować nie tylko piłkarzy, ale i zadbać o to aby w bordowo-niebieskich strojach, po boisku biegali także sędziowie…

pogon2

16.09.2003 1/8 PP Jagiellonia – Pogoń Szczecin 1:0 (Tyczkowski ‘105)
Jagiellonia: Olszewski – Marcinkiewicz, Kośmicki, Zalewski, Tupalski – P.Sobolewski, Speichler (60. Łatka), Chańko, Żuberek (76. Dzienis) – Reginis (98. Tyczkowski), Kobeszko.

Niespełna dwa tygodnie później doszło do rewanżu na polu ligowym. Role jakoby się odwróciły, bo nikt już nie skazywał Jagiellonii na pożarcie a kwestia wytypowania zwcycięzcy nie była już tak jednoznaczna. Mecz ściągnął na trybuny komplet widzów (wydaje mi się, że to na ten mecz biletów zabrakło w kasach-samochodach zaparkowanych pod bramami stadionu na 3 godziny przed pierwszym gwizdkiem) i kamery Canal+. I chyba taszczono je do stolicy podlasia nie na darmo. Był to jeden z najlepszych meczów Jagiellonii, jakie pamiętam. Takiego widowiska, pełnego napięcia, zgrzytu zaciśniętych zębów czy gruchotanych w ferworze walki kości nie widziałem nigdy wcześniej. Każda ze stron, za wszelką cenę chciała udowodnić swą wyższość nad rywalem. Wślizg za wślizg. Główka za główkę. Łokieć w żebrach za kolano w plecach. Gdyby w Serves pod Paryżem potrzebowali miary nieustępliwości – można by im było wysłać video z tego meczu (może powstałaby nowa jednostka w układzie SI, np. jedna „jagopogonia”). W walkach wręcz przodował Marcin Kośmicki – ostatecznie wyrzucony z boiska w drugiej połowie przez sędziego.

 pogon4
Jagiellonia była tego dnia świetna, zagraniom dopisywało szczęście a piłkarze, z błyskiem w oku, chcieli wygrać za wszelką cenę. Niestety Pogoń nie była ani kszty gorsza. Portowcy nadrabiali doświadczeniem, umiejętnością zastawiania się, przetrzymywania gry. Mieli lepszych piłkarzy, ale czy ci zawsze zwyciężają?

27.09.2003 10 kolejka II ligi Jagiellonia – Pogoń Szczecin 1:2 (Tyczkowski 90 – Bugaj 35, Batata 44(k)
Jagiellonia: Olszewski – Kulig, Kośmicki, Zalewski, Tupalski – Sobolewski (74. Dzienis), Łatka, Chańko, Żuberek (74. Grygoruk) – Danielewicz, Kobeszko (69. Tyczkowski).

Ostatecznie Pogoń zakończyła rozgrywki na pierwszym miejscu i awansowała do ekstraklasy. Kibiców w Białymstoku czekało za to niemałe rozczarowanie, jedynie walka o uniknięcie baraży o utrzymanie na zapleczu. Ale to temat na inną historię…

podoba Ci się ten blog? rzuć okiem na reklamkę, kliknij jeżeli Cię zainteresuje i dorzuć parę groszy (dosłownie!) do biletu na mecz

Zobacz także...

4 Comments Join the Conversation →


  1. piotrek

    naprawde fajnie sie czyta i mnostwo sie rzeczy przypomina bo sam zaczynalem kibicowac w tamtych latach

  2. kajtek

    kosmicki sie nie p***l nigdy, zalowalem jak odszedl do Korony bardziej niz sobolka pozniej
    z kuligiem byli nie do przejscia

  3. Jarek L

    Fajny tekst ale tytul troche zweryfikowala rzeczywistosc. W niedziele bedzie wynik w druga strone.

  4. adek

    Mecze tutaj opisane to pierwsze jakie widzialem w zyciu na wlasne oczy :) na oba przyjechalem z ojcem PKS-em z Hajnowki, mialem 10 lat i pamietam jak dzis jak poszlismy przed meczem na obiad do baru (jedlismy nalesniki) a po meczu tato zabral mnie do weseolego miasteczka. Piekne czasy i az mi sie lezka w oku zakrecila, dzieki za przypomnienie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *