Prawie olimpijczyk

Mijał drugi rok czwartoligowej degrengolady, sezon 1999/2000 z wolna się kończył, a piłkarze Jagiellonii stracili już ostatnią szansę na prześcignięcie Znicza Pruszków w wyścigu o awans.

Kilka minut po trzynastej, w niedzielę 3 czerwca 2000 roku, humory jednak dopisywały. Słonce coraz śmielej zapowiadało nadejście gorącego lata, a Jagiellonia gładko rozprawiała się z Ruchem Wysokie Mazowieckie. Frekwencja na stadionie przy ul. Jurowieckiej na kolana nie powalała, ale ostatnia grupa najwierniejszych kibiców nie miała prawa narzekać, że tego pięknego dnia przedłożyli mecz nad każdą z innych rozrywek, oferowanych przez nasze piękne miasto.

Do przerwy było już 6:0, a kilka minut po wznowieniu gry, sędzia odgwizdał drugi tego dnia rzut karny dla Jagiellonii. Za pierwszym razem, pomimo płynącej z trybun sugestii kibiców aby do „wapna” podszedł bramkarz Jagi, twarzą w twarz z golkiperem gości stanął etatowy wykonawca jedenastek – Jacek Markiewicz. I pełen buty spudłował! Przy drugim gwizdku z trybun znów rozniosło się gromkie „Mirek! Dymek!”. Markiewicz z uśmiechem machnął na swego bramkarza a Pan Mirosław – normalnie pełniący podczas tego stałego fragmentu gry zupełnie inną rolę – zachował się jak rasowy snajper. Spojrzał w róg bramki, przymierzył, i po raz pierwszy w życiu szelest trzepocącej w siatce piłki, zamiast złości i zażenowania, przyniósł zgoła przeciwne odczucia. Mecz ostatecznie zakończył się rekordowym zwycięstwem 12:0 a Mirosław Dymek stał się drugim, po Józefie Sikorskim, bramkarzem Jagiellonii, któremu udało się wpisać na listę strzelców. Jako ciekawostkę warto przypomnieć też fakt, że w sezonie 1992/93 Mirosław Dymek grał też w meczu rezerw, w którym trener Szerszenowicz, pod koniec meczu asygnował do gry rezerwowego bramkarza – Marka Sawickiego. Nie zmienił on jednak Dymka, ale zawodnika z pola – Prymaka. I precyzyjnym strzałem głową w dziewięćdziesiątej minucie zapewnił zwycięstwo 1:0 nad Narwią Ostrołęka.

Wspomniane wydarzenie wiele mówi o sympatii, jaką kibice Jagiellonii obdarzali przez lata swego bramkarza. W karierze zdarzały się momenty lepsze i gorsze, dobre mecze i przywołujące na trybunach gromki aplauz interwencje potrafił przeplatać ze zwykłymi babolami – ale to można powiedzieć chyba o każdym bramkarzu na świecie. Miłość kibiców ma prawo zamieniać się w złość i uzasadnione pretensje, ale długoletnie przywiązanie do żółto-czerwonych barw, zwłaszcza gdy kilkukrotnie nadarzała się okazja aby opuścić tonący okręt i odejść do lepszego klubu, wymazała z pamięci fanów kiksy i błędy. Dziś Mirosława Dymka wspomina się na trybunach stadionu przy ul. Słonecznej raczej ze szczerą i rozbrajającą sympatią aniżeli z wyrzutami o punkty pogubione w wypadku niepewnych interwencji.

Wychowanek Jagiellonii Białystok, szerszej publiczności przedstawił się w 1988 roku podczas finałów mistrzostw Polski juniorów. Będąc podstawowym zawodnikiem drużyny trenera Stefana Brewczyka walnie przyczynił się do zdobycia przez nią złotego medalu. Na debiut w pierwszym zespole Jagi przyszło poczekać jeszcze dwa lata, ale nikt nie wymagał przecież od gołowąsego zawodnika aby z miejsca wygryzł ze składu będącego już wtedy żywą legendą Mirosława Sowińskiego. Debiutował 4. sierpnia 1990 roku, w 2. kolejce II ligi, zwycięskim meczem i zachowanym czystym kontem otworzył licznik gier w żółto-czerwonych barwach.

dymek_miroslawMirosław Dymek (foto:jagiellonia.pl)

Prawo do bluzy z numerem jeden wywalczył na dobre po roku, sezon 1991/1992 zamykając już z dwudziestoma ośmioma grami na koncie. Byłoby więcej, ale najważniejsza część sezonu i czas gdy Jagiellonia finiszowała w walce o powrót do ekstraklasy, zbiegł się z przygotowaniami drużyny Janusza Wójcika do Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Urodzony w Kętrzynie bramkarz Jagiellonii pozostawał bowiem w kręgu zainteresowań „Wójta” aż do ostatniego zgrupowania w Egipcie (dwa razy ławka w meczach z tamtejszą reprezentacją i 45 minut w sparringu z Polonią Bytom tuż przed wyjazdem). O miano zmiennika Aleksandra Kłaka rywalizował z Radosławem Majdanem i Arkadiuszem Onyszko, ale biletu do Barcelony ostatecznie wywalczyć nie zdołał.

Poolimpijski sezon 1992/93 przyniósł jeszcze więcej rozczarowań. Występująca w ekstraklasie Jagiellonia dzielnie walczyła o miano najgorszej drużyny w jej historii. Po rozegraniu kilku bardzo słabych meczów, niedoszły olimpijczyk oddał miejsce w składzie Andrzejowi Hellerowi już w 5. kolejce, po przegranym 0:3 meczu z Ruchem Chorzów. Prasa ogłosiła po tym meczu Dymka jako „zdobywcę hat-trika dla Ruchu”.

Nie ma drużyny, która umiałaby podnieść się po takiej interwencji, jaką on zademonstrował przy stracie drugiego gola – powiedział po spotkaniu trener Jagiellonii, Grzegorz Szerszenowicz. – Obroniłem go przed gniewem drużyny w Mielcu, no i mam za swoje. Ale to nie przekreśla jego szans, musi przez to przejść. Czy dziewczyna zaraz staje się kobietą?

Pomimo zrozumienia i zaufania, jakim zdawał się obdarzać młodego bramkarza trener Szerszenowicz, Mirosław Dymek na długo pożegnał się z miejscem w podstawowym składzie. Szans na grę nie otrzymał też od jego następców i zadomowił się w trzecioligowych rezerwach. Do bramki wrócił dopiero w czerwcu 1993 roku, dogrywając cztery spotkania, których rezultaty i tak o niczym nie przesądzały. Paradoksalnie najlepszym meczem rozegranym przez niego w najwyższej klasie rozgrywkowej było sromotne 0:5 z Łks Łódź – najgorszy chyba występ żółto-czerwonych w piłkarskiej elicie. Oblężenie i „obrona Częstochowy” trwała od pierwszego do ostatniego gwizdka i tylko dzięki rewelacyjnej postawie bramkarza Jagiellończycy nie zeszli z boiska pokonani wynikiem dwucyfrowym. Obronił wiele groźnych strzałów, zwycięsko wyszedł z trzech sytuacji sam na sam. Sił zabrakło na ostatni kwadrans, w ciągu którego łodzianie zdążyli użądlić aż cztery razy. Spadając do II ligi, w przeciwieństwie do klubu, Mirosław Dymek zdawał się mówić ekstraklasie nie „do widzenia” a „do zobaczenia”. Wiele wskazywało na to, że zawodnik prędzej czy później opuści Białystok tak jak Daniel Bogusz, Tomasz Frankowski czy Bartosz Jurkowski. I gdyby do jego zawodniczej karty zdołał dopaść Waldemar Dąbrowski, zapewne tak by się stało…

A czas pokazał, że na przekór coraz gorszej sytuacji finansowej klubu i upokarzającej klasie rozgrywkowej, w której przyszło występować, Mirosław Dymek pozostał związany z Jagiellonią do końca zawodniczej kariery. Jako jeden z trójki muszkieterów, wespół z Ryszardem Ostrowskim i Adamem Struczewskim, reprezentował żółto-czerwone barwy od ekstraklasy po czwartą ligę. Ze stadionem przy ul. Jurowieckiej rozstał się tylko raz – przez pół roku trenując i grając na oddalonym o niecałe dziesięć kilometrów stadionie w Wasilkowie. KP Wersal Podlaski Wasilków, tak jak Jagiellonia, walczył o awans do III ligi. Oba zespoły łączył prężny sponsor i parafrazowana już umowa o fuzji. Większe szanse na promocję zdawali się mieć wasilkowianie – zadecydowano więc, aby dodatkowo wzmocnić ich trzema najlepszymi piłkarzami z kadry Jagiellonii – Jackiem Markiewiczem, Dariuszem Prokopem i Mirosławem Dymkiem właśnie.

Po powrocie do Białegostoku, przez kolejne lata nie odstępował miejsca w pierwszej jedenastce Maciejowi Kudryckiemu, Kamilowi Ulmanowi czy Łukaszowi Trudnosowi. Dopiero po kolejnym awansie do II ligi, przeprowadzający niemałą kadrową rewolucję trener Łazarek, zadecydował o ściągnięciu kogoś na jego miejsce. Nie udało się podpisać umowy z występującym wówczas w Izraelu, białostoczaninem Andrzejem Olszewskim, postawiono więc na pochodzącego z Litwy Audriusa Dilysa. Z czasem okazało się, że rywalizacja między bramkarzami przebiegała jednak na korzyść Mirosława Dymka i z całą pewnością jemu przypadło miano tego pierwszego.

dymekfoto:jagiellonia.pl

W sezonie 2002/2003 miejsce między słupkami przekazał Olszewskiemu. I choć przez pół roku pozostawał jeszcze w kadrze Jagiellonii jako zawodnik, przygotowywał się już do roli szkoleniowca. Asystował Witoldowi Mroziewskiemu (po jego odejściu prowadził nawet drużynę wespół z W.Jancewiczem), Adamowi Nawałce, Jurijowi Szatałowowi i Ryszardowi Tarasiewiczowi. Trenował juniorów rocznika 1989, którzy zdobyli wicemistrzostwo Polski a jeden z jego wychowanków, Grzegorz Sandomierski, zdążył nawet pograć na tzw. stadionach świata.

Dziś wciąż jest wziętym trenerem i wciąż pozostaje mocno związany z regionem.

Zobacz także...

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *