Piłkarz z dobrym PR-em

Piłkę na poziomie zawodowym, co roku kopie w Polsce tysiące zawodników. Czasy świetności polskiego futbolu dawno minęły i szybko (sic!) nie wrócą, więc zamiast cieszyć się wynikami rodzimych klubów na europejskiej arenie czy w miarę wymiernymi sukcesami reprezentacji, jako jedyna nacja na świecie osiągnęliśmy mistrzowski poziom w życiu przeszłością, wiecznym wspominaniu Wembley z 1973 roku, medalami olimpijskimi czy mistrzostw świata. Nawet Węgrzy, którzy w dziejach piłki nożnej osiągnęli więcej i mieli w jej historii lepszą narodową jedenastkę a dziś plątają się w czwartej dziesiątce rankingu FIFA (a przecież bywało gorzej) nie dorastają nam w tym wymiarze do pięt. Jednym z elementów takiego patrzenia na świat jest także zaoczne nobilitowanie niektórych młodych, zdolnych zawodników, którzy to już lada dzień mają złapać wiatr w żagle i zrobić „różnicę” w reprezentacji. W pierwszej połowie lat 90-tych dmuchaliśmy i chuchaliśmy na olimpijczyków z Barcelony, w drugiej, mimo braku medalowego sukcesu, na świeczniku postawiliśmy zawodników kolejnej generacji a ich niewątpliwym liderem był Mariusz Piekarski.

Prasa sportowa w Polsce stawiała mu pomniki „za życia”, zachwycała się rozwojem jego kariery i zwykła używać przymiotnika wielki i rzeczownika talent jako synonimów jego imienia i nazwiska. W „Piłce Nożnej” czy „Przeglądzie Sportowym” trwało wielkie odliczanie – już za chwilę, już za momencik mieliśmy być świadkami eksplozji wywracającej szaro-bure dzieje reprezentacji i za sprawą blondwłosego rozgrywającego, niczym za dotknięciem magicznej różdżki reprezezentacja miała wejść na salony wielkiej, europejskiej piłki. Proszę państwa – oto nowe wcielenie Kazimierza Deyny. Czas pokazał, że pożytku z Piekarskiego mieliśmy tyle, co nic. No może poza rodzącym się w Polsce rynkiem kolorowych magazynów, bo pudelka wtedy jeszcze chyba nie było. Zawodnik zamiast brylować na boisku, wyznaczał nowe trendy i został prekursorem piłkarskiego „celebrytyzmu”, być bohaterem skandali obyczajowych (m.in. oskarżenia o bigamię) czy udanie zaliczyć niejedną „wtopę” – a to palnąć jakąś głupotę, a to błysnąć brakiem intelektu.

Mariusz Piekarski w barwach brazylijskiego Atletico Curtyba
Mariusz Piekarski w barwach brazylijskiego Atletico Curtyba

Ale rzeczywiście, coś było na rzeczy i braku talentu nie można mu było nigdy zarzucić. Jako junior zapowiadał się świetnie. Po zdobyciu mistrzostwa Polski U-19 w 1992 roku, już jako siedemnastolatek debiutował w ekstraklasie. Mimo fatalnej postawy Jagiellonii na wiosnę 1993 roku, swą grą zdradzał zadatki na rasowego zawodnika, „dziesiątkę” z prawdziwego zdarzenia. Po spadku żółto-czerwonych przeniósł się do Gdańska, potem do Lubina, cały czas występując w młodzieżowej reprezentacji Polski prowadzonej przez Edwarda Lorensa. Kadra, której trzon stanowili wtedy oprócz Piekarskiego m.in. Krzysztof Nowak, Bartosz Karwan, Jerzy Dudek, bracia Żewłakowowie czy Paweł Skrzypek nie uzyskała, co prawda awansu do finałów młodzieżowych mistrzostw europy, ale zaprezentowała się, co najmniej nieźle. Podczas zgrupowania w Ameryce południowej i towarzyskich grach z rówieśnikami z Argentyny (1:3) i Brazylii (0:2) pozostawili na tyle dobre wrażenie, że trzech piłkarzy – Daniel Dubicki, Krzysztof Nowak i Piekarski właśnie, wróciło do Polski z ofertami z brazylijskich klubów – co nigdy wcześniej miejsca nie miało. Ostatecznie do kraju kawy trafili dwaj ostatni.

Parafrazując Kazimierza Górskiego – dobry piłkarz, ale bez wyników.

I tu zaczyna się właściwa historia. Odkąd Piekarski trafił do Brazylii, przez ocean zwykły docierać do Polski plotki o legendarnym już talencie i rzekomo świetnej grze „Smolara” ale nie za bardzo podparte prawdziwymi i rzetelnymi informacjami. Sam zawodnik może i osiągnął mistrzowski poziom, ale raczej w kreowaniu swego wizerunku i budowaniu wokół siebie legendy, aniżeli grze w piłkę – co Polska prasa bardzo szybko podchwyciła. Inna sprawa to kwestia osiągnięć „poza boiskowych”, na jakim to polu Piekarski również osiągnął status zawodowca. Dwa spędzone w Ameryce lata przyniosły mu splendor i sławę pierwszego Polaka grającego w brazylijskiej ekstraklasie – polskiego „króla samby” i boiskowego partnera wielkiego Romario, który to miał wypowiadać się o Piekarskim w samych superlatywach. Coś mi jednak mówi, że aż tak różowo po prostu być nie mogło i jedynego poważnego gola w Brazylii, Piekarski strzelił pięknej Kelly – modelce i Miss Brazylii z 1996 roku – i to powinien podkreślać zapytany o największy sukces z czasów gry w Brazylii. Wszakże „gol” strzelony na wyjeździe liczy się podwójnie. Wracając do dokonań boiskowych, kilka rzeczy po prostu nie trzyma się kupy:

Powszechna opinia o sezonie 1996 głosi, że Piekarski należał do grupy podstawowych zawodników Atletico Paraneanse z Kurtyby. Mało tego – twierdzi się, że był jednym z wyróżniających się piłkarzy, co ostatecznie zaowocowało transferem do wielkiego Flamengo. Z drugiej jednak strony, w jaki sposób wyróżniający się zawodnik mógł rozegrać jedynie 15 meczów (13 mistrzowskich) w sezonie? Dla porównania tyle samo rozegrał w Ekstraklasie w poprzednim sezonie Michał Jończyk z Górnika Zabrze. I z całym szacunkiem dla tego piłkarza, podejrzewam, że taką samą rolę w ekstraklasie Brazylii odegrał wtedy Piekarski. Również strzelił jednego gola – a fakt, że synowi słynnego Pele traktowałbym jednak bardziej w formie ciekawostki a nie wyznacznikowi wielkiej klasy piłkarskiej.

Pytając o Piekarskiego na internetowym forum Atletico, kibice z Kurtyby owszem, pamiętają o Polakach występujących w ich drużynie, ale wspominają raczej Krzysztofa Nowaka, który prezentował się lepiej i bardziej zapadł w ich pamięci.

Ktoś nawet odważył się bronić tezy, że Polacy trafili do Atletico z tego samego powodu, dla którego później w drużynie mistrza amerykańskiej MLS – Chicago Fire zakontraktowano Piotra Nowaka, Romana Koseckiego i Jerzego Podbrożnego. Klubowi spece od marketingu liczyli na zamieszkującą w Chicago liczną polonię, bardziej skorą do przychodzenia na stadion by oglądać rodaków. A polskich emigrantów w Kurtybie przecież nie brakuje, do tego nie cieszą się wśród  miejscowych wielką sympatią w związku z nieprzejawianiem chęci do socjalizacji czy nawet nauki języka – nazywanych Pomeranios.

Być może nie tylko polska prasa kreowała go na piłkarskiego boga, może w Brazylii miał jeszcze lepszy PR, skoro mimo tylko kilkunastu występów w Kurtybie trafił na salony Rio i został zawodnikiem wielkiego Flamengo. I faktem jest, że występował w jednej drużynie z Romario czy Julio Cesarem ale czy rzeczywiście spełniał w niej tak ważną rolę? Wątpliwe. Mówiąc językiem Pawła Zarzecznego, kontakt Piekarskiego z Romario najprawdopodobniej ograniczał się do oglądania dziur po jego korkach wydeptanych w murawie Maracany.

Googlując piłkarską karierę Piekarskiego można natrafić na naprawde zabawne fragmenty:

„Otóż przed spotkaniem Flamengo Rio de Janeiro z Vasco da Gama na wspomnianej Maracanie, telewizja brazylijska zrobiła reportaż o dwóch „dziesiątkach” tych klubów. Takim sposobem Mariusz Piekarski poznał legendę Olympique Lyon, z którym reklamowali swoje kuchnie. Żeby nie było – 40-krotny reprezentant Brazylii został zaproszony na polskie pierogi. Mariusz Piekarski wówczas był słynniejszy od Juninho, bowiem w rankingu najlepszych pomocników ligi został sklasyfikowany na 6. miejscu. Przed słynnym Brazylijczykiem.”

To ilu było pomocników w tej lidze zapytam? Siedmiu? Pewnie nie, bo wtedy zająłby miejsce siódme. Nieprawdopodobne tym bardziej, że znowu rozegrał jedynie 10 oficjalnych meczów.  Przy okazji powiem, że byłem na testach w Manchesterze United, ale nie spodobał mi się kolor Porshe, które mi zaproponowano do kontraktu, więc go nie podpisałem.

Z miesiąca na miesiąc notowania Piekarskiego w Polsce rosły. Wszyscy wypowiadali się o nim w samych superlatywach, ale tak naprawdę nikt nie widział ani jednej minuty spędzonej przez niego na boisku. Dopiero na początku 1998 roku, podczas meczu z Paragwajem, z jego usług zdecydował się skorzystać Janusz Wójcik. Drugi garnitur reprezentacji uległ 0:4 a Piekarski, wprowadzony na boisko na ostatnie dwadzieścia minut nie popisał się niczym szczególnym. Nie wykorzystał także rzutu karnego.


Paragwaj – Polska 0:4 (1998 r.)

Podsumowaniem tej iście baśniowej historii niech będzie fakt, że kolejnym klubem w karierze „Smolara” było Mogi Mirim E.C. i pytanie, co tak wielki talent, przyćmiewający swym blaskiem gwiazdy brazylijskiego futbolu, robił w III lidze?

Każdy fart musi się kiedyś skończyć. Powrót do Europy wiązał się z możliwością bliższego przyjrzenia się sylwetce zawodnika. Z Francji docierało dużo więcej rzetelnych informacji czy statystyk a powtórki meczów Bastii można było obejrzeć w EuroSporcie. Próżno jednak było szukać w nich większego udziału Piekarskiego, który to w większości przypadków grzał ławę, a po zwolnieniu trenera Kasperczaka zupełnie przepadł poza meczową osiemnastką. Wyczerpał się mit samby, zaślepieni dotąd magią brazylijskiej ligi dziennikarze i kibice przejrzeli na oczy i zobaczyli leniwego lansera, nie grzeszącego zbyt wielkim sercem do gry za to z wielką głową do interesów.

Trzeba przyznać, że nie trafił do Brazylii za ładną buźkę, bo był na swój sposób wybitny. Rzadko spotykane wśród Polaków nienaganne wyszkolenie techniczne, instynkt i bardzo dobre czytanie gry przeciwnika, pomysł na rozegranie piłki – czasem także w niekonwencjonalny sposób i boiskowa charyzma niestety nie zostały podparte pracą i choć najmniejszą chęcią by swój talent rozwijać.

W jednym z wywiadów Piekarski przyznał się, że przeczytał w życiu tylko jedną książkę. Analizując sposób, w jaki opowiada o swojej karierze i pobycie w Brazylii dochodzę jednak do wniosku, że sam mógłby kilka napisać – fantazji i kreatywności w wymyślaniu historyjek, niejeden powieściopisarz mógłby mu pozazdrościć.

2 Comments Join the Conversation →


  1. tomek

    pamiętam jak Piekario wrócił do europy i nie mieścił się w składzie Bastii, gdzie na podobnej pozycji Świerczewski grał pierwsze skrzypce a przecież w reprezentacji był tylko tłem dla Piotra Nowaka. W Legii rzeczywiście, pokazał się kilka razy z dobrej strony ale polska liga to niższy poziom. Pamiętam też dobrze mecz kadry Engela z jakimiś ogórkami i to, że Piekarski oprócz opalenizny i fryzury niczym sie nie popisał.

  2. mat

    prawdziwą karierę rozpoczął dopiero po odwieszeniu butów na kołek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *