Człowiek z żelaza

Najmłodsi adepci akademii piłkarskich w Białymstoku mają dziś to szczęście, że mogą przebierać w idolach. Jagiellończycy liderują ekstraklasie i mają w swych szeregach niejedną gwiazdeczkę. Ciężko już może o kogoś pokroju Tomasza Frankowskiego, ale kto by nie pojechał na spotkanie z dzieciakami do którejś z podstawówek, czy dziecięcego szpitala, żółto-czerwonych zawsze witają tłumy małolatów z rozdziawionymi buziami. Dobrze – niech patrzą i się uczą, bo piłkarskiego rzemiosła napewno jest od kogo. Ale dobrych cech i wzorców warto szukać też w klubowej przeszłości, bogatej w historie i ludzi wartych pamięci i naśladowania. Waleczności i tego jak na boisku „gryźć piach”, mogliby nauczyć się od wychowanka Włókniarza, ale z Jagiellonią związanego przez większość swej kariery, Krzysztofa Maciejczuka.

Kariery, zapowiadającej się bardzo ciekawie, niestety z różnych względów bezlitośnie hamowanej.

maciejczuk

Do Jagiellonii trafił jako nastolatek – niby wprost do kadry pierwszego zespołu, ale by jeszcze opierzyć się w rezerwach czy zdobyć z juniorami trenera Waldemara Kaczmarza brązowy medal mistrzostw Polski. Pieniądze na transfer wyłożył Waldemar Dąbrowski, priorytetem było więc szybkie wypromowanie i puszczenie zawodnika „w świat”.  Maciejczuk co prawda spędził w Jagiellonii 3,5 roku, ale walizka na sprzęt zawsze była pod ręką. Menadżer wysyłał swych piłkarzy na testy do klubów ekstraklasy czy II ligi czasem nawet bez wiedzy i zgody trenera-prezesa Mojsiuszki (wyjazd piłkarza do GKS Bełchatów w trakcie obozu przygotowawczego Jagiellonii wiosną 1998 roku).

Do ekstraklasy trafił po spadku Jagiellonii do IV ligi, znajdując zatrudnienie w jej czwartej sile – Widzewie Łódź. Franz Smuda zacierał ręce, bo oto ponoć znalazł w Białymstoku kolejny talent na miarę jego poprzedniego odkrycia – Marka Citki. Maciejczuk podjął rywalizację, ale wygrać z Danielem Boguszem, Tomaszem Łapińskim czy Radosławem Michalskim nie był w stanie. Może gdyby dostał więcej czasu i szans na dostrojenie się do ekstraklasy, jego historia potoczyłaby się inaczej. A tak – musiał kontynuować ją w Olsztynie. W przeciwieństwie do Widzewa, Stomil bił się wówczas raczej o utrzymanie w lidze, ale i tam wyjściowa jedenastka, a z czasem nawet i ławka rezerwowych, robiły się dla Maciejczuka zbyt krótkie. Ponoć odbudowywał formę i w wewnętrznych gierkach prezentował się całkiem przyzwoicie, ale grać „miał” zawsze ktoś inny. Po jeszcze jednym epizodzie w Granicy Kętrzyn wrócił do Białegostoku – uwolniony od Dąbrowskiego, ale za to z bagażem innych, ciążących doświadczeń. Jego dołączenie do walczącego o awans do ówczesnej II ligi zespołu Tadeusza Gaszyńskiego, uznano za duże wzmocnienie.

Jagiellonia - Hutnik W-wa 0:2

Na pierwszy rzut oka mógł wyglądać nieco ociężale, ale to przez ten sam typ sylwetki co u Krzystofa Ratajczyka i naszego Darka Prokopa. Wysokiego (190cm wzrostu), do tego nie grzeszącego techniką dryblasa łatwo było rozpoznać na boisku z nie najwyższych przecież trybun stadionu przy ul.Jurowieckiej. Koledzy z Jagiellonii nazywali go „Listwa”, choć może bardziej pasowała kswywa z czasów w Olsztynie, „Śmierć” – za grę na pograniczu faulu. Któryś z dziennikarzy sportowych napisał kiedyś, że Maciejczuk sam sobie jest w stanie zrobić krzywdę. Czas pokazał, jak bliskie prawdy było to stwierdzenie.

Może i rzeczywiście nie był najlepszym kandydatem na futbolowego wirtuoza, ale jednego nie można było mu nigdy odmówić. To był prawdziwy walczak. Grał nieustępliwie i zadziornie. Nadrabiał wszystkie wady zaangażowaniem i sercem do gry.  Występował głównie w obronie, ale zdarzało się, że wchodził z ławki w miejsce Dariusza Czykiera czy Zbigniewa Szugzdy. Miał ogromny wkład w awans żółto-czerwonych do II ligi, co po chłopsku udowodnił podczas ostatniego przed własną publicznością meczu w sezonie, przegranego 0:2 z Hutnikiem Warszawa. W trakcie któregoś już z kolei ostrego pojedynku, zderzył się z Nigeryjczykiem Agbejule na tyle mocno, by zalać się krwią. Ani przez myśl mu jednak nie przeszło, aby zejść z boiska:
– „Kufa, panowie! Co je? Gamy!” – wykrzyczał do partnerów sepleniąc i wypluwając na trawę zęby. Grał do końca i mimo wypadku pozostawił po sobie najlepsze wrażenie. Jeżeli dobrze pamiętam, do szpitala zabrano go dopiero po fecie z kibicami, którzy puścili go w samych bokserkach. Oprócz dwóch goli, bilans strat wyniósł trzy zęby – dwie górne jedynki i jedna dwójka.

Krzysztof Maciejczuk

Po awansie na zaplecze ekstraklasy, mimo kadrowej rewolucji urządzonej w letnim okienku przez trenera Wojciecha Łazarka, Maciejczukowi udało się początkowo wywalczyć miejsce w składzie Jagiellonii. Nienajlepsze wyniki i gęstniejąca atmosfera w klubie pociągnęły za sobą kolejne zmiany, m.in. roszady kadrowe. Z czystym sumieniem trzeba jednak przyznać, że w wypadku rosłego obrońcy, na tym poziomie rozgrywek nie wystarczało już samo gryzienie piachu – samym zdrowiem i wolą walki do ostatniej minuty i najbardziej beznadziejnej piłki nie dało się już zdobywać punktów. Skreślony przez Łazarka po rundzie jesiennej, odszedł do Łks-u Łomża.

Ostatnią wielką walkę stoczył jako zawodnik tego właśnie klubu. Walkę nierówną i odbytą z dala od piłkarskiego boiska. Uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu wiosną 2002 roku. W drodze z treningu poszkodowanych zostało pięciu piłkarzy. Napastnik Jagiellonii Tomasz Kowalewski zginął na miejscu, Maciejczuk walczył o życie w szpitalu, przez długi okres przebywając w śpiączce. Lekarzom udało się usunąć krwiak z mózgu, ale rokowania wciąż nie były najlepsze. Nie było mowy o powrocie na boisko, walka toczyła się o życie, potem o zdolność wykonywania najprostszych czynności. Ale i na tym polu udowodnił charakter. Stanął na nogi. I choć korki musiał już odwiesić na kołku, wciąż działa wokół piłki. Próbował jako trener juniorów w MOSP-ie, manager, działacz (akcja „12-ty zawodnik”) czy przedsiębiorca.

Krzysztof Maciejczuk zasługuje na miejsce w jagiellońskiej alei sław. Warto pamiętać o gladiatorach takich jak on.

Zobacz także...

1 Comment Join the Conversation →


  1. Marek

    Studiowałem w Olsztynie i pracowałem za barem w jednym z ulubionych miejsc piłkarzyków, pan Krzysztof bardzo sympatyczny gość, dobrze go zapamiętałem. Nie miałem czasu ani kasy, żeby chodzić na Stomil ale mówione było, że jest dobrym i silnym obrońcą ale siedzi na ławie bo grać ma kto inny.

    Kiedyś za Łazarka jechałem z bratankiem na mecz dwudziestką dwójką i na którymś przystanku dosiadł się Maciejczuk, pogadał z małym i ze mną, nie kojarzył mnie z Olsztyna ale młody był zachwycony, że może pogadać z piłkarzem. Zero jakiegoś gwiazdorstwa, normalny facet i ciesze się że wyszedł z traumy po wypadku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *