Ačiū Skerla

Wciąż się o tym mówi, ale nadal ciekawi mnie, kto odpowiada swoim nazwiskiem za budowanie dobrego wizerunku wokół Jagiellonii. Szef marketingu? Public relations to chyba jego działka. Rzecznik prasowy? Niewątpliwie najbliżej jej ku mediom. Właściciele? Przecież to ich firma. Jedyna odpowiedź, jaka nasuwa się na myśl – chyba jednak nikt. Nikt, za wyjątkiem piłkarzy i trenerów (w sposób pośredni, dzięki osiąganym wynikom) nie poczuwa się do wzięcia odpowiedzialności w tej dziedzinie, bo po pierwsze żaden ekonom ich do tego nie goni i nie egzekwuje konkretnych standardów a po drugie chyba dlatego, że nikomu na tym szczególnie nie zależy.

skerla

Pytam, bo sytuacja związana z odejściem (zwolnieniem) Andriusa Skerli, w opinii kibiców i dziennikarzy wydaje się być, co najmniej dziwna, jeżeli nie kontrowersyjna. Nie mówię o uroczystych pożegnaniach, akademiach na jego cześć, kwiatach czy butelce koniaku na pożegnanie, ale chociaż kilku zdań wyjaśnienia, na które zasługują kibice jak i sam zainteresowany. Tymczasem nawet ta krótka, lakoniczna wiadomość o zakończeniu współpracy z oficjalnej strony została po pewnym czasie zdjęta – choć tu, mam nadzieję dlatego, że klub jednak poszedł po rozum do głowy i postanowił znaleźć litewskiemu zawodnikowi inny charakter pracy, umożliwiając wypełnienie kontraktu bądź, co bądź chyba wciąż jeszcze obowiązującego – zobaczymy. Sytuację, w jednym z wywiadów, próbował wyjaśnić trener Hajto – powiązując decyzję z kontuzją, jakiej Skerla nabawił się na pierwszym tego roku treningu i odpowiedzialności, jaką klub ma zamiar wziąć na siebie, pomagając piłkarzowi w rehabilitacji. Dobre i to, ale czy zdobywca tak ważnych dla Jagiellonii bramek i jednocześnie drugi kapitan drużyny nie zasługuje na coś więcej?

A to przecież nie pierwszy taki przypadek. Analizując „nowożytną” historię Żółto-czerwonych, z pierwszą tego typu sytuacją mieliśmy styczność wiosną 2006 roku i był nią sposób, w jaki klub rozstał się z Adamem Piekutowskim.

piekutowski

Doświadczony bramkarz, najlepsze lata miał już oczywiście za sobą, ale przeprowadzając się do Białegostoku zadziwił nie tylko futbolowych znawców, w końcu mógł wybrać zdecydowanie lepsze oferty. Z miejsca stał się podstawowym bramkarzem i liderem nie tylko bloku defensywnego. Niestety już podczas swego drugiego występu, w meczu Jagiellonii z Heko Czermno doznał groźnej kontuzji, wykluczającej go z gry. Bramkarza potraktowano niepoważnie, umowa została rozwiązana. Nakazano mu rozliczyć się ze sprzętu i wracać do Krakowa – z Wisły był, bowiem tylko wypożyczony. Najprościej mówiąc, białostocki klub umył ręce, wychodząc z założenia, że to nic, iż doznał kontuzji reprezentując barwy Jagi, skoro formalnie był zawodnikiem Wisły. A Krakowianom również nie spieszyło się z pomocą.

– „Od Wisły  usłyszałem, że kontuzji doznałem jako piłkarz Jagiellonii i teraz oni muszą się o mnie martwić. Szkoda, bo parę meczów w Wiśle zagrałem, kilka sezonów tam spędziłem. Szybko o tym zapomnieli. W Białymstoku znaleziono mi za to lekarza, ale operację u niego odradzali nawet koledzy z Jagiellonii: – żalił się Przeglądowi Sportowemu w 2006 roku. Dziś Adam Piekutowski przebywa na rencie inwalidzkiej.

Kiedy Jagiellonia powróciła w szeregi Ekstraklasy, w składzie znalazło się miejsce dla kilku „wyjadaczy” – ligowców i byłych reprezentantów z dużo większym, niż trzon drugoligowej kadry doświadczeniem. Jacek Banaszyński, Tomasz Sokołowski czy Radosław Kałużny mieli bez zwątpienia wielki wpływ na utrzymanie zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej.

kaluzny

Jeżeli chodzi o dwóch pierwszych – wiadomo było, że po sezonie z klubu odejdą. Kałużnego przetrzymano do ostatniej chwili a o zakończeniu współpracy dowiedział się z mediów, nikt z klubu nawet nie skontaktował się z nim w tej sprawie:

– „Po raz pierwszy byłem w takim klubie, w którym rozstają się z piłkarzem bez podania ręki. W Jagiellonii na pewno już nie zagram. Jeśli nawet dawaliby mi milion dolarów, to i tak powiedziałbym, że chcę dwa” – mówił popularny „Tata”.  Kto, jak kto, ale on w tym słabym sezonie na szacunek sobie zasłużył. Jako jeden z niewielu nigdy nie odpuszczał, udowodnił jak charakternym jest zawodnikiem. Stanął nawet w bramce w meczu z Łódzkim Ks., kiedy czerwoną kartkę zobaczył Banaszyński. Do historii przeszły jego wywiady i wyrażenie o tym, że ktoś powinien „dostać w ryja” za to jak prezentowała się Jagiellonia wiosną 2008 roku:

Niestety czas pokazał, że cios musiał przyjąć na siebie. Cios zza pleców.

Ktoś powie, że łatwo jest wymieniać kolejne tego typu przypadki, nie będąc jednocześnie w posiadaniu rzetelnych informacji z drugiej strony – bez wiedzy o powodach działania zarządu, trenerów. Problem w tym, że klub tak naprawdę nie zabrał w żadnej z tych spraw głosu i nie wydał oświadczeń. Nie zajął żadnego stanowiska, traktując rzecz tak jakby nigdy nie miała miejsca…

0 Comments Join the Conversation →


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *